wtorek, 28 marca 2017

S01E06 - Kryjówka fanatyków

Wkrótce po tym, jak bohaterowie opuścili enklawę nomadów dostrzegli na swojej trasie zakapturzoną postać. Był to czerwonoskóry lekarz, którego poznali poprzedniego wieczoru. Obcy przedstawił się jako Teryx - poprosił ekipę o możliwość podróżowania z nią do Nowego Ximare. Szansa, że zostanie wpuszczony do środka wraz z bohaterami była zdecydowanie większa - tamtejsi ludzie mieli do czynienia z jego ludem i nie były to zwykle przyjazne kontakty. Postacie mogłyby poświadczyć, że jest normalnym gościem, a nie fanatykiem religijnym, jak ci, którzy próbowali odbić swoje starożytne terytorium. Rasa, do której należał (cerini) wyszła już poza etap wojen religijnych, ale pewna, niewielka frakcja wciąż walczyła “o wiarę”. Miejsce, gdzie założono Nowe Ximare było rzekomo miejscem narodzin rasy i rodzinną wioską Proroka, który wyciągnął ich z otchłani barbarzyństwa. Teryx sądził jednak, że chodzi o miejsce, gdzie wylądował statek kolonialny - według badań archeologicznych jego rasa przybyła z gwiazd, ale osadnicy nie poradzili sobie z problemami na Otrei (Otrea to nazwa tej planety) i upadli.

Nowe Ximare


Miasto było widoczne już z daleka. Na pierwszy rzut oka było widać, że opowieści o statku kosmicznym - czy też innych, technologicznych cudeniek niedostępnych nomadom - są pewne. Nowe Ximare zostało zbudowane na skalistej powierzchni, wyniesionej ponad poziom gruntu o dobre dwadzieścia metrów. Do miasta prowadziła wąska ścieżka - w sam raz na dwa wozy. Na skale zbudowano właściwe miasto - z zewnątrz widać było jedynie Kopułę - lśniącą, szklaną konstrukcję z trójkątnych, szklanych płyt połączonych kompozytowym szkieletem - oraz kilka najwyższych budynków. Nowe Ximare otaczał betonowy mur, nad którym widoczne były metalowe wieżyczki. Przed bramą stało czterech wielkoludów z giantycznymi halabardami opartymi o mur.
Strażnicy wydawali się wręcz spać, ale kiedy w ich pole widzenia wszedł Teryx, sięgnęły po broń i skierowali ku niemu. Ten, rozglądając się na lewo i prawo, zdołał wydukać tylko kilka słów, prosząc bohaterów by przekonali tamtych, że jest z nimi i nie ma złych zamiarów. Skończyło się na rewizji dokonanej z pomocą skanera - Teryx został prawie że rozebrany do naga. Bohaterów ledwie przeskanowano - gwardziści nie wydawali się być zaalarmowane posiadanym sprzętem. Choć od Asha i Eversona zażądali podatku.

Wewnątrz miasta


Wysokie kamienice z płaskimi dachami. Balkony osłonięte cieniem dzięki kolorowym markizom. Wąskie uliczki, przez które mogą przecisnąć się dwie, może trzy osoby. Jedynie centralna aleja była dość szeroka by można było przejechać po niej jakimś wozem. Ludzi nie było zbyt wielu - jedynie szacowne matrony w kolorowych sukniach, z chustami na głowach przyglądały się bohaterom i ich towarzyszowi. Nikt nie poruszał się pieszo. Ludzie byli prowadzeni w palankinach noszonych przez cztery sześcionożne, futrzaste bestie o małpich mordach.
Wędrując tymi ciasnymi alejkami bohaterowie słuchali wynurzeń obcego, który widząc ich zdziwienie, postanowił pomóc im przekazując kluczowe informacje o Nowym Ximare:
Miastem rządzi królewska para - to ludzie, prawdopodobnie, otoczeni zaawansowaną technologią. Żyją w przepychu, bezpiezni, z dala od społeczeństwa.
W centrum miasta jest ich pałac. Wchodzą tam jedynie członkowie rodziny królewskiej oraz pracownicy jednej z gildii, władających poszczególnymi sektorami miasta. Gildii jest sześć - miasto to siedem heksagonów, z centralnym przeznaczonym dla władców.
W mieście panuje spokój, ale mimo to utrzymuje nie tylko liczną armię, ale również gwardię, która regularnie patroluje ulice.
Jeśli bohaterowie chcą skontaktować się z kimś ważnym albo kimkolwiek zdolnym udzielić im pomocy, powinni spotkać się z kimś z gildii Taigen - to między innymi brokerzy informacji oraz zaopatrzeniowcy. Aktualnie przebywają w sektorze tej gildii.

Chwilę zajęło zanim bohaterowie zorientowali się, czego brakowało w Nowym Ximare. Pyłu. Powietrze było czyste. Ulice z dopasowanych, sześciokątnych płyt zachowywały barwę kości słoniowej. Nikt nie nosił maski na twarzy. Spojrzeli na swoje zapylone ubrania, obejrzeli pokryte rdzawym kolorem twarze. Poczuli się brudni.
Teryx poszukiwał domu nieopodal bramy - pożegnał się z bohaterami wskazując na wyróżniające się na tle innych, ciemnoczerwone drzwi. “Jeśli będziecie chcieli spotkać się w jakiejś sprawie, potrzebować pomocy albo informacji, powinienem być tutaj cały czas” - powiedział, po czym zniknął w środku.

Urząd pracy


Bohaterowie skierowali się, zgodnie z sugestią Teryxa, do siedziby gildii Taigen. Nietrudno było ją odnaleźć - wysoki, srebrny budynek widoczny był z każdego miejsca dzielnicy. Budowla znajdowała się na dużym, niemal pustym placu. Przed szerokimi wrogami stało czworo odzianych w matowe, pomarańczowe pancerze wykonane z synthu gwardzistów. Byli to ludzie, ale mocno odmienieni - tak samo, jak ci przed bramą miasta, mierzyli po dwa i pół metra. Zaczęły się schody.
Wyglądało to trochę jak gra w ciuciubabkę. Bohaterowie odbijali się od jednego mieszkańca miasta do drugiego – sklepikarz odesłał ich do kuzyna albo do gildii, gildia kazała przyjść następnego dnia, urzędnik wezwał swojego szefa (nota bene ojca albo stryja)… Ostatecznie sprawa zakończyła się sukcesem, ale okupionym dużą ilością straconego czasu.
Choć nie do końca.
W nocy Vonna, paląc fajkę na balkonie swojego pokoju, zauważyła dwa „dziwactwa”. Najpierw ujrzała na Księżycu zielony pas – szacunkowo musiał mieć grube dziesiątki kilometrów długości (eksperyment z terraformingiem? starożytna zabudowa? zamknięte miasto? kopalnia odkrywkowa?). Potem ujrzała gigantyczny statek kosmiczny, który wydostał się z kopuły kryjącej pałac królewski, a potem, odlatując znad miasta, zniknął. Pojawił się z powrotem godzinę później – wylądował w miejscu, z którego rozpoczął podróż.
Sprawy w gildii wyglądały mniej ciekawie. Everson sprzedał swój ciężko zdobyty miotacz błyskawic, wymieniając go na nieco waluty i informacji. Spotkanie z członkami gildii zaowocowało zdobyciem kilku informacji na temat tego kto rządzi miastem („Para królewska jest odklejona od rzeczywistości, sądzą, że są kimś więcej, niż ludźmi”), odkryciem, że królem jest zagubiony przed laty mąż Zavryx oraz przyjęciem zlecenia na eksplorację kolonii starożytnych cerini. Feyn, człowiek z którym ekipa rozmawiała, stwierdził, że bardzo chętnie zobaczyliby co kryje się pod miastem robali (Taigen podejrzewali, że jest tam pierwsze miasto kolonistów), ale skoro to nie mogło mieć racji bytu, pozostało eksplorowanie innych ruin. W zamian za wykonanie misji bohaterowie mieli otrzymać tyle numenery, ile zdołają stamtąd wyciągnąć oraz nieco sprzętu przydatnego podczas wędrówki na pustyni.
Ekipa nie traciła czasu. Zostawili Tigona (zdaniem lekarza gildii potraktowanego jakimś ostrym, wolno rozkładającym się środkiem uspokajającym) z jego dolą, a sami zabrali sprzęt i poszli w stronę wskazaną przez Feyna. Marsz był zdecydowanie łatwiejszy w strojach otrzymanych od Taigen, podróż nie była jednak znacznie bezpieczniejsza. Tylko cudem (tzn. dzięki czujności Vonny) bohaterowie uniknęli starcia z dziewięcioma dwumetrowymi robalami – dzikimi, prymitywnymi robotnikami z monstrualnych kopców. Nomada, nad którego ciałem ucztowały miał zdecydowanie mniej szczęścia.

Kolonia


Już na pierwszy rzut oka było widać, że to miejsce od dawna jest niezamieszkałe. Tunel wydrążony w kamieniu bez wątpienia był dziełem rąk inteligentnych istot, ale brakowało tam jakichkolwiek wytworów technologii – czegokolwiek z synthu, metalu czy kompozytów. Część kompleksu zapadła się – korytarz prowadził pod kątem w dół, ale widać było, że to nie celowa pochylnia, a wynik zapadnięcia się części kolonii. Po kilkudziesięciu metrach poziom mniej więcej się wyrównał. Pojawiły się odnogi – i odnogi do odnóg, całość tworząca przedziwną mozaikę korytarzy i pomieszczeń. Mieszkańcy tego kompleksu musieli mieć fioła na punkcie potęgi dwójki, bo pobudowali sobie podziemne „mieszkania” grupując je po osiem, gdzie osiem takich sekcji łączyło się z tą samą, szerszą gałęzią tworząc „dzielnicę” na sześćdziesiąt cztery „apartamenty”. Wszystko był ogołocone do zera. Brakowało wszelkiej instalacji, jakichkolwiek sprzętów. Było za to sporo pyłu, nierówne ściany i pęknięcia sugerowały, że to miejsce musiało powstać przed setkami lat… i równie długo być niezamieszkałe. Ash zwrócił dodatkowo uwagę na niski strop – pomieszczenia miały nieco ponad dwa metry wysokości, zdecydowanie zbyt nisko do komfortu ludzkiej istoty.
Bohaterowie badali powoli teren, zbliżając się do centralnej sali kompleksu – olbrzymiego, stumetrowego pomieszczenia, z którego odchodziła sieć korytarzy prowadzących do pomieszczeń mieszkalnych (kolejnych „dzielnic” i „sekcji”). Nagle Thama usłyszała kroki – odepchnęła towarzyszy na bok, w skryty w mroku tunel. Udało się w ostatniej chwili – po kilkunastu sekundach korytarzem przeszedł patrol zakutych w pancerze, czerwonoskórych obcych. Nie przypominali w niczym Teryxa – byli więksi, mocno umięśnieni, mieli przy sobie jakąś zaawansowaną technologicznie broń. Grupa skryła się w jednym z pomieszczeń by naradzić się odnośnie dalszych kroków. Zdecydowali się wycofać – ewidentnie kompleks był siedzibą buntowników albo fanatyków, żadnym skarbcem numenery. Kiedy zbliżali się do głównego tunelu, usłyszeli głos Teryxa i jakiegoś człowieka. Zobaczyli swojego niedawnego towarzysza – szedł pomiędzy strażnikami, rozmawiając z zakapturzonym, wysokim mężczyzną. Niestety, tamci usłyszeli bohaterów. Gdy tylko Teryx zobaczył kto kryje się w mroku, wrzasnął rozkazując żołnierzom zaatakować.
Strzelanina nie poszła zbyt dobrze dla cerini. Ash zamknął w polu stazy najpierw dowódcę obcych, a potem jednego ze strażników. W tym czasie Vonna, Thama i Everson wyeliminowali dwóch kolejnych. Człowiek towarzyszący Teryxowi puścił się pędem ku wyjściu gdy tylko padł pierwszy strzał. Próbowała go ścigać Thama, ale padła przygnieciona cielskiem ostatniego z gwardzistów. Ash cisnął nim telekinetycznie, po czym cała grupa puściła się pędem ku wyjściu, poganiana przez krzyki cerini, którzy przebywali w wielkiej sali kompleksu. Ucieczka niestety udała się wszystkim – w tym człowiekowi współpracującemu z obcymi, który zniknął zaraz za wyjściem z tunelu. Thama była o krok za nim, ale nie zaryzykowała tropienia niewidzialnego – nie musiałby się mocno starać by ją wyeliminować.

Rajd do Nowego Ximare


Ash stwierdził, że nie ma czasu do stracenia. Przed walką bohaterowie usłyszeli coś o „przemyceniu całego urządzenia” – ryzyko, że cerini przeprowadzą zamach było zbyt wielkie. Dodatkowo próba ostrzeżenia pary królewskiej dała okazję do natychmiastowej audiencji. Po piekielnym rajdzie po pustyni, o świcie stanęli przed bramami miasta. Rośli gwardziści nie stroili sobie tym razem żartów – na wieść o problemach z cerini jeden z nich rozkazał bohaterom by biegli za nim. Skierowali się do centralnego sektora Nowego Ximare, pod kopułę.

środa, 15 marca 2017

S01E05 - Bitwa o Bursztynową Obręcz

Bohaterowie dostarczyli Bursztynową Obręcz do laboratorium Tigona. Ten poprosił ich by pozostali na czas montażu – kiedy zamocuje ją w budowanym przez siebie artefakcie i uruchomi urządzenie, jego przeciwniczka nie będzie już w stanie nic zrobić. Wcześniej, niestety, jest możliwy atak. Jeden z pomocników kapłana (Paramon) wrócił z zakupów mówiąc, że widział czwórkę najemników w północnej części miasta - tych samych, którzy byli z Razos pod Wieżą. Wchodzili do domu Arxosa, szefa straży miejskiej. Prawdopodobnie bohaterowie nie mogą liczyć na pomoc stróżów prawa tej nocy.


Atak



Bohaterowie spodziewali się najgorszego, dlatego starali się przygotować na wszelką ewentualność. Dwie osoby ciągle pilnowały budynku z dachu bunkra, dwie odpoczywały na dole albo patrolowały kompleks. Ash założył prosty system alarmowy, Everson poblokował grodzie prowadzące do nieużywanych pomieszczeń. Wydawało się, że ekipa dobrze przygotowała się do ewentualnego szturmu.
Ale szturmu nie było.
Thamę ze snu wybudził dziwny dźwięk chrobotania - jakby coś ocierało się o metalową powierzchnię. Wystarszona Thama poszła do pokoju Eversona - razem (po zapakowaniu się tego drugiego w pancerz) ruszyli zweryfikować co jest źródłem hałasu. W pewnym momencie w kompleksie zgasło światło. Chwilę później z pokoju jednego z pomocników dał się słyszeć potworny krzyk.
Okazało się, że pierwsza fala ataku to krasty - niewielkie automatony wysłane w celu zdjęcia zabezpieczeń, wymordowania śpiących i poranienia reszty. Everson z Thamą poradzili sobie z pewnymi problemami z sześcioma krastami. W między czasie zaalarmowani Ash i Vonna ruszyli biegiem na dół. Ta druga odniosła poważne rany z trzema automatami, które spadły na nią po wbiegnięciu do kompleksu. Ash został z tyłu - kiedy blokował gródź dostrzegł, że górne wrota powoli się otwierają…
Bohaterowie zebrali się razem i, przy świetle nano, ruszyli do części kompleksu, w której Tigon prowadził swoje badania. Na szczęście naukowcowi nic się nie stało. Finalizował prace - montował ostatnie linie zasilania Obręczy i kalibrował artefakt.


Walka pod portalem



Ktoś (jak się później okaże - przekupiona pomocniczka Tigona) rozbezpieczył kompletnie cały kompleks. Nie było szansy na zablokowanie szerokiej grodzi prowadzącej do wyższej części siedziby kapłana. Bohaterowie przygotowywali się tak, jak mogli - budując barykadę, ukrywając się za jakąś osłoną. Najemnicy mieli jednak coś, co było w stanie poradzić sobie ze wszystkimi na raz - wyrzutnię rakiet, która rozrzuciła wszystkich po pomieszczeniu, ogłuszając na chwilę potrzebną do przebiegnięcia korytarza.
Walka była zacięta. Napastnicy byli bardzo dobrze wyszkoleni i wyposażeni. Trzech miało elektropałki, czwarty artefakt walący kulami elektryczności. Oberwał Ash, potem Obręcz - i nagle urządzenie odmówiło posłuszeństwa. Zaczęło otwierać portal prowadzący do innej rzeczywistości. W tym czasie Vonna przeszła w niematerialną postać i ukryła. Najemnicy byli w gorszej sytuacji. Kiedy wyposażony w elektryczną wyrzutnię został ciężko raniony, wrzeszcząc odpalił pełen ładunek w Obręcz. Natychmiast otworzył się wir, który zaczął wciągać bohaterów, Tigona i najemników. Ash cudem zdołał przeprogramować Obręcz - ustabilizował portal. Zabezpieczył cały kompleks, zabrał potrzebny ekwipunek, po czym ruszył przez bramę.


Pobudka



Kiedy Ash przekroczył - jak się obawiał jednokierunkowy portal - dostrzegł najemnika z elektromiotaczem, który chwiejąc się na nogach próbował wycelować w nieprzytomnych bohaterów. Kula ognia ekspresowo go dobiła. Szybkie badanie pozwoliło stwierdzić, że nie ma połączenia z datasferą. Na podłodze leżał też nieprzytomny Tigon i bohaterowie - ci byli w nieco lepszym stanie, po chwili zaczęli dochodzić do siebie. Nano przeszukał ekspresowo pokonanych - poza maskami, garścią shinów i bronią nie mieli przy sobie nic ciekawego. Pomieszczenie, w którym wylądowali miało identyczne wymiary, jak “maszynownia” Tigona. Było jednak pozbawione wszelkich sprzętów. Śmierdziało elektrostatyką i stęchlizną.
Po chwili portal zgasł.
Tigon był dość poważnie ranny. Miał złamane ramię (Ashowi udało się je nastawić), był poparzony, osłabiony i w szoku. Dał radę iść, ale widać było na pierwszy rzut oka, że będzie wszystkich opóźniał. Z pomieszczenia można było wyjść tylko jedną drogą - schodami do góry. Tu również było widać ślady najemnika. Kiedy bohaterowie zbliżyli się do powierzchni, usłyszeli głośne „Nie, nieee! Zostawcie mnie, błagam. Nieee!”. Podglądając dostrzegli, jak trzy okryte chitynowym pancerzem, mierzące trzy metry długości insekty o humanoidalnych torsach w miejscu głów i dwóch parach chwytnych odnóży trzymały szamoczącego się, rannego żołnierza – jeden z nich badał go jakimś przedmiotem – czarnym, synthowym prętem zakończonym pomarańczowo jarzącym się kryształem. Koniec musiał być bardzo gorący, bo kiedy zbliżał go do ciała człowieka, ten się wyrywał i wrzeszczał. Insekty porozumiewały się dziwnymi kliknięciami i skomplikowanymi gestami odnóży. Nie reagowały w ogóle na wrzaski swojej ofiary. W końcu jedno ze stworzeń sięgnęło po długi nóż o ząbkowanym ostrzu i oberżnęło głowę najemnika spokojnymi, metodycznymi ruchami. Wsadziło ją do pojemnika przytroczonego przy odwłoku – potem cała trójka ruszyła w dalszą drogę, znikając postaciom z pola widzenia.


Bohaterowie odczekali chwilę, po czym wyszli na powierzchnię. Okazało się, że świat, w który rzucił ich portal jest ogrzewany przez pomarańczowe, starsze od ziemskiego słońce. Na południe widzieli olbrzymie kopce przypominające kopce termitów, z północy zaś błysnęło, jakby znajdowała się tam jakaś metalowa konstrukcja. Ekipa zasłoniła twarze chustkami - wszechobecny, rdzawy pył już po kilku minutach okazał się wyjątkowo nieprzyjemny (gorzej, niż smog) - po czym ruszyła w stronę “metalowych” ruin.


Enklawa



Wokół wraku pojazdu zbudował swoją osadę klan - niegdyś - nomadów. Twardzi, prymitywni ludzie, choć nie panikowali na widok sztuczek Asha czy metalowych ramion Eversona. Przed wejściem zabrali jednak całą widoczną broń, jaką ekipa miała przy sobie.
Bezinteresownie podzielili się wodą i pożywieniem, wezwali również doktora (dziwaczną, zgarbioną, czerwonoskórą istotę o dwóch parach oczu i trójpalczastych dłoniach), by zajął się Tigonem. Z opowieści wynikało, że insekty, które bohaterowie widzieli to rodzaj “szlachty” - szeregowi przedstawiciele gatunku (gatunków?) to bezmyślne zwierzęta. Zapuszczają się tu rzadko. Nie widzą w ludziach inteligentnych istot - ilekroć łapali człowieka, traktowali jak bydło. Tylko raz próbowali podejść pod wrak, ale technologia (nomadzi nie posługują się pojęciem “numenera”), jaką dysponowali pozwoliła je przepędzić. Mieszkali tu od ośmiu lat - nieco wcześniej rozbił się tu wrak.
Około dzień drogi stąd leżała osada, którą mieszkańcy nazwali Nowym Ximare. Tubylcy nie wiedzieli kto ją założył, ani kiedy (strzelali, że piętnaście lat temu), ale byli pewni, że część to rozbitkowie, jak bohaterowie. Ximare bardzo się rozrosło, “wchłania” klany nomadów i różnych podróżników.
Bohaterowie ekspresowo zdecydowali się ruszyć właśnie w tym kierunku. Przehandlowali kilka enigmatów za zapasy, przenocowali w enklawie, po czym, o świcie, wyruszyli ku Nowemu Ximare.

poniedziałek, 13 marca 2017

S01E04- Ximare

Bohaterowie zdecydowali się skorzystać z propozycji pracy dla znajomego Jarosa. Tigon, bo tak się ten potencjalny pracodawca nazywał, miał być doświadczonym kapłanem eonów. Miał dość kontaktów, sprzętu i wiedzy by zaoferować coś wartościowego za usługi postaci. Trzeba było się tylko do niego dostać - mieszkał w najbliższym, większym mieście: Ximare-Namahorn.
Miasto zbudowane było wewnątrz płytkiego krateru po uderzeniu jakiegoś gargantuicznego meteoru. Metropolia to w zasadzie dwa miasta. Pierwsze to zabudowania na powierzchni, drugie to unosząca się sto metrów nad ziemią platforma. Dostać się na nią można jedynie opłacając członka Gildii Przewoźników - w Namahor mieszkają bogacze, tutejsza śmietanka.
Ekipa wylądowała w bezpiecznym miejscu, po czym rozeszła się po Ximare. Jaros skierował grupę do jednej z knajp. On sam z Sherry miał spotkać się z Tigonem i umówić spotkanie na następny dzień.


Wódeczka



Knajpa, do której skierował bohaterów Jaros była klasyczną, lokalną mordownią pełną cwaniaczków liczących na okazję do bitki. Wystarczył kwadrans. Jeden z zakapiorów wstał od swojego stolika, podszedł do bohaterów i pewnym siebie głosem oznajmił, że nowi mają postawić wszystkim kolejkę. Po tym, jak Everson go zgasił, ment napluł mu w talerz. Nie było szansy na uniknięcie bójki.
Latały stołki, kufle i ławy. Wybijano zęby, łamano nosy. Bohaterowie zbierali, ale znacznie gorzej wyglądali ich przeciwnicy. Kiedy bójka przesunęła się w stronę ciemnoskórej laski siedzącej na bolu, ta, wkurwiona, odrzuciła stolik i zaczęła lać miejscowych z równą skutecznością, jak reszta postaci. Przedstawiła się jako Razos.
Razos wyglądała… dziwnie, co najmniej tak samo dziwnie, jak bohaterowie. Miała dopasowany kostium, sporo numenery i dwa energetyczne ostrza. I sporo śliwowicy. Everson, Thama i Vonna zajęły się rozpijaniem, podczas gdy Ash rozejrzał się po okolicy. Udało mu się wyszperać jakiś cenny kawałek numenery - niestety, uszkodzony.


Bohaterom nie było dane wytrzeźwieć. Wieczorem wparowała do nich Razos, w cywilnym stroju, zapraszając na imprezę. Okazało się, że Ximare jest miejscem, gdzie każda okazja do chlania jest dobra. Troje postaci poszło z nią - Ash został by pogrzebać w zdobytym sprzęcie. Impreza trwała do rana. Te kilka godzin wystarczyło by nano doprowadził artefakt do użyteczności - z wykorzystaniem baterii ze starego ramienia Eversona.
Skończyło się niezłą rozróbą. Everson przyprowadził dwie panienki. Ash nie był zachwycony zabawą z dwoma upitymi “pięć na dziesięć”, więc wyniósł się do pokoju dziewczyn. Lokalne laski, początkowo zawiedzione widokiem lateksowej protezy, szybko przekonały się, że to nie ułomny zamiennik, ale podrasowana wersja. Vonna z Thamą siedziały z uszami przyklejonymi do ściany. W krytycznym momencie “młot” stracił zasilanie! Można było zastąpić baterię tą ze starej ręki. Tą, której już nie było…
Półprzytomny Everson domyślił się, że odpowiedzialny za to Ash. Przebił się przez ścianę i - goły jak go stworzono - wparował do pokoju reszty ekipy. Ash wypowiedział tajemne słowo i go zdezaktywował. Wystraszone laski uciekły. Właściciel zażądał kasy i zaproponował, żeby ekipa tu nie nocowała. Skończyło się wymalowaniem całej gęby Eversona i ciężkim porankiem przy wiadrze kawy. Jaros i Sherry udawali, że nie widzą rozmazanych rysunków na gębie Eversona.


Spotkanie z Tigonem


Tigon okazał się być dość dziwny jak na standard człowieka. Był to blady mężczyzna o syntetycznej skórze i twarzy pozbawionej szczególnych cech. Nie miał mimiki, choć głos zdradzał emocje. Miał ciemno fioletowe, metaliczne włosy związane w dziesiątki warkoczyków. Ubierał się w czerń i biel. Na skroni zaś nosił złotą obręcz z dziwnymi symbolami przypominającymi pismo. Obręcz nie leżała na jego skórze, unosiła się centymetr od niej.
Tigon był właścicielem sporego kompleksu znajdującego się pod ziemią - na zewnątrz wystawał jedynie niewielki bunkier, położony w pewnej odległości od innych zabudowań. Wraz z trójką pomocników starał się wypełniać misję, z jaką wysłał go tu kościół - nie było to łatwe, biorąc pod uwagę nawał pracy i niewiele rąk do pomocy. Bohaterom zaoferował prostą pracę z dużym ryzykiem.
Od niejakiego Ovika kupił potężny artefakt - Bursztynową Obręcz. Jest to zaawansowana numenera i potężne źródło zasilania. Chce wykorzystać w ważnym eksperymencie. Ponieważ badania są w toku, nie może sam pojechać po sprzęt. Problem polegałna tym, że licytował się o Obręcz z niejaką Zavryx. Podejrzewał, że ona lub jej pomagierka - Razos - będą w okolicy. Po tym, jak bohaterowie potwierdzili obecność tej ostatniej, Tigon pokiwał głową mówiąc, że potrzebuje zarówno umiejętności Eversona (chce upewnić się, że Obręcz nie będzie jakąś ściemą), jak również czujnych oczu Thamy, umiejętności walki Eversona i zwiadowczych talentów Vonny. W zamian zaoferował nieco shinów i kilka enigmatów. Dał sobie wyciągnąć w targach nieco więcej.
Bohaterowie ruszyli następnego ranka z trójką pomocników Tigona. Jechali na lewitującym wozie, na który zamontowano metalowy sarkofag, mający ochronić postacie przed szkodliwym promieniowaniem Obręczy. Cel - Wieża Ovika - znajdował się dwa dni podróży na zachód.


Wieża Ovika



Wieża Ovika okazała się być prawdziwą fortecą. Gruby, betonowy mur z metalowym ożebrowaniem zwieńczony był obręczami z paskudnie wyglądającym drutem kolczastym. Stalowa brama zgrzytnęła przeraźliwie, otwierając się jedynie na tyle, by bohaterowie mogli wjechać do środka. Sam wieża była bez wątpienia starożytnym konstruktem - wysoka, o gładkiej, metalicznie lśniącej powierzchni, z metalową platformą na szczycie. Bursztynowa Obręcz znajdowała się na poziomie zero - otwartym warsztacie, w którym pracował pół tuzina fachowców.
Jeden z pomagierów Ovika wskazał miejsce, gdzie bohaterowie mogli pozostawić wierzchowce, po czym zawołał swojego szefa. Widać było na pierwszy rzut oka, że to nano - masa powszczepianego i noszonego sprzętu, chciwe spojrzenie na numenerę noszoną przez bohaterów… Ovik musiał być nie tylko handlarzem, ale też badaczem. Przywitał się z bohaterami, po czym od razu zaprowadził ich do zamkniętej w ochronnym sarkofagu obręczy. Kiedy Ash rozpoczął badanie artefaktu, Vonna z Eversonem dostrzegli inne konie, stojące nieopodal. Wyglądało na to, że ludzie Zavryx byli tu już wcześniej.
Ash oczył oczywiste fałszerstwo. Sytuacja zaczęła się robić nerwowa. Ovik nie przyznał się otwarcie do oszustwa, potem próbował - kiepsko - ściemniać, że to w zasadzie nie była jego wina. Ostatecznie przekazał ekipie prawdziwą Obręcz.
W tym momencie przy wejściu pojawiła się Razos.
Próbowała przekonać bohaterów, by porzucili Tigona i przyjęli ofertę jej szefowej. Tłumaczyła, przekonywała, próbowała wręcz błagać, tłumacząc się zżerającą ją chorobą. Po bohaterach to dosłownie spłynęło. Razos wzruszyła ramionami i wyjechała ze swoimi ludźmi z Wieży. Przed samym wyjazdem próbowali otruć wodę wierzchowców, ale bohaterowie zauważyli to w porę i powstrzymali konie przed zatruciem.


W drodze do Ximare



Podróż do domu była bardzo nerwowa. Bohaterowie musieli zachować nieustanną czujność. Mieli świadomość, że tamci są w okolicy, ale czekają na dogodną okazję do ataku. Podwójne warty, ciągła obserwacja, ręce na kaburach i rękojeściach broni… Szczęście, że miasto było niezbyt daleko.
Nocą do obozu podjechała - teoretycznie bez złych zamiarów - Razos. Ostrzegła postacie, że reszta najemników spętała potężnego, latającego automatona i wykorzystają go do ataku. Sama ponoć zrezygnowała z walki - przekonała się, że nie warto mordować niewinnych ludzi by ratować swoje życie. Tak przynajmniej mówiła.
Ekipa zrobiła szybką burzę mózgów. Zdecydowali, że spróbują wydostać się z okolicy, ukryć w bezpiecznym miejscu i dostać do Ximare bez konfrontacji. O dziwo udało im się to bez problemów. Zmęczeni, niewyspani, ale nawet nie draśnięci, dotarli do Ximare z Obręczą na pace lewitującego wozu.

środa, 8 lutego 2017

S01E03 - Pożegnanie z Czarną Skałą

Ash postanowił pokazać wszystkim, jak biegły jest w obsłudze takich terminali. Przeprosił Jarosa, usiadł za konsolą i zaczął wprowadzać komendy. Chwilę potem ekran zaczął mrużyć i nagle eksplodował snopem iskier. Zapaliły się ultrafioletowe lampy systemu ewakuacyjnego, na podłodze pojawiły strzałki prowadzące do bezpiecznych stref, zaś zaraz potem dał się słyszeć potworny zgrzyt. Jakby jakiś wielki automat systemu ochrony właśnie się aktywował i ruszył na poszukiwanie intruzów.
Cóż, mleko się rozlało.
Jaros omówił z ekipą dalszy plan. Najrozsądniejszy pomysł miał Ash – dostać się do innej konsoli o odpowiednim poziomie uprawnień i stamtąd ściągnąć potrzebne dane. Grupa zgodziła się z jego sugestią i ruszyła w stronę rufy – w maszynowni według planów miała znajdować się centrala sterująca o odpowiednim poziomie dostępów. Problemem jednak było przedostanie się nie tylko obok właśnie obudzonego strażnika, ale również przez zniszczone (prawdopodobnie wybuchem) sekcje okrętu.
Nieludzie
Okręt był w zadziwiająco dobrym stanie. Biorąc pod uwagę na to, ile lat trwał zakleszczony w Bruździe, aż dziw brał, że większość sekcji miała jeszcze zasilanie. Widać było jednak na pierwszy rzut oka, że statek jest tkwił tu od bardzo dawna. Nawet zaawansowana technologia nie powstrzymała rdzy, pleśni i zgnilizny. Wszędzie widać było złuszczoną farbę, przerdzewiałe, powypaczane blachy, kratownice i wsporniki. Polimerowe i kompozytowe elementy dosłownie się rozpadły, odsłaniając szkielet konstrukcji.
Nie wszystkie elementy działały. Rozetowa gródź miała wybrzuszenia, jakby ktoś starał się przebić z drugiej strony – bohaterowie nie ryzykowali przejścia przez niewielki otwór. Spodziewali się, że to pułapka. Kiedy zostaliby zaatakowani i zmuszeni do wycofania się, nie byłoby szansy na szybką ucieczkę. Zdecydowali się obejść sekcję (z której zresztą dochodziły dźwięki automatu strażniczego) inną trasą – przez kolejne moduły z zahibernowanymi ludźmi.
To była sala, jak inne – z jednym wyjątkiem, bo tutaj większość komór był rozerwanych. Wyglądało to, jakby ktoś je otwierał łomem, a nie uruchamiając procedurę wybudzania. Bohaterowie, przeczuwając niebezpieczeństwo, przemieszczali się ostrożnie, oświetlając sobie drogę jedynie w minimalnym stopniu. Kiedy byli mniej więcej w połowie pomieszczenia, Everson i Thama usłyszeli jakiś szelest. Dostrzegli grupkę szaroskórych istot pochylających się nad jedną z komór. Grupa szybko ukryła się po zakamarkach sali. Ash i Vonna wygasili światła. Po chwili dał się słyszeć szczęk rozrywanej komory. Wszystkim stanął przed oczami widok bandy zmutowanych kanibali, zaciągających umierających kolonistów w mrok ich nory, pożerających surowe ludzkie mięso tępymi, pożółkłymi zębami… I w zasadzie nie mylili się, ale tym razem finał wyprawy nieludzi miał być inny.
Coś wielkiego i chitynowego dało się słyszeć z oddali. Coś głodnego, na tyle dużego, że musiało przeciskać się korytarzami, rozrywać blachy, wyginać wsporniki.
Nieludzie zaczęli uciekać w stronę bohaterów.


Ci postanowili zastawić pułapkę. Wydawało się, że skoordynowany ostrzał w momencie, kiedy tamci znajdą się blisko załatwi sprawę. Nieludzie byli jednak zbyt czujni i twardzi, by byle strzał z karabinu położył ich trupem. Jako pierwszy zaatakował Jaros. Rzucił jakiś paskudny granat kwasowy, który poważnie osłabił całą grupę. Nieludzie rozsypali się na wszystkie strony, strzelając z prymitywnych kusz. Chwilę później weszli w zwarcie. Bohaterowie radzili sobie bardzo dobrze – otrzymali ledwie draśnięcia albo lekkie rany, podczas gdy prymitywy padały jeden po drugim. Groźniejszy okazał się najmniejszy z nich – skoczył na Eversona, przewrócił go i od razu przebił nadżarte przez rdzę i kwas poszycie. Obaj spadli niżej, na częściowo zalany, pogrążony w mroku poziom. Kiedy chwilę później na końcu sali pojawił się gargantuiczny skorpion o metalicznej skorupie, wszyscy dołączyli do Eversona. Udało się uciec w ostatniej chwili – bestia była kilka metrów od windy, kiedy zamknęły się drzwi, a kabina ruszyła do góry.

Ładownia-maszynownia


W końcu, udało się dotrzeć do Sezamu! No dobrze, do ruin Sezamu, ale to i tak było lepsze, niż puste korytarze i olbrzymie przestrzenie wypakowane hibernatusami. Masa sprzętu po prostu rozpadła się z upływem czasu. Baterie się rozładowały, niektóre elementy pogniły, powypaczały się i pordzewiały. Statek nie był jednak projektowany na użytkowanie przez dwadzieścia lat – prędzej kilkaset. Bohaterom udało się w końcu wyciągnąć nieco działającego sprzętu – między innymi obręcz chroniącą przed telepatią, gogle hipnotyzujące przesłuchiwane istoty oraz nieco enigmatów bojowych – granatów nanoidowych. Everson znalazł piękną, lśniącą cybertechniczną rękę. Jeszcze w celofanie. Męczył się z nią przez godzinę, ale w końcu udało się odczepić starą i zamocować tę. No i jest żal, bo teraz był niesymetryczny, w dodatku ramię kryło niespodziankę – system autodestrukcji. Podłamany chodził po całym magazynie w poszukiwaniu drugiej sztuki i… udało się mu odnaleźć taki sam model, ale z zestawem multinarzędzi.
Ash z Jarosem zasiedli do konsoli. Zalogowanie się na konto serwisowe nie stanowiło problemu. Gorzej z przejrzeniem danych – multum katalogów, szyfrowanie, konieczność zdalnego łączenia się z innymi terminalami, archiwizowanymi bazami danych. Ostatecznie udało się wyciągnąć sporo kluczowych informacji. Nie wszystko, ale dość by grupa miała możliwość ruszenia w dalszą drogę, do kajuty kapitana.
Wygląda na to, że doszło wewnątrz do sabotażu. Sekcje niedostępne, z uszkodzeniami lub całkowicie odparowane w schemacie układają się w bąbel mniej więcej w środku statku. Grupa, z sugestią Jarosa, doszła do zdania, że doszło tam do sabotażu od wewnątrz. Być może statek był atakowany, być może nie, w każdym wypadku doszło do awaryjnego wyjścia z nadprzestrzeni (okręt miał napęd FTL). Odłączyły się dwa promy, wystrzelono kilkanaście kapsuł.

Łowca niewolników


Droga powrotna była męcząca, ale zdecydowanie łatwiejsza. Grupa wiedziała, których poziomów unikać, gdzie może spodziewać się nieprzyjemnych niespodzianek. Już na pierwszy rzut oka było widać, że ten poziom był kompletnie splądrowany – ocalałe sprzęty leżały porozrzucane, wręcz celowo porozbijane. Apartament kapitana, utrzymany w klasycznym stylu, ze skórzanymi meblami, prawdziwym drewnem, złoceniami i innymi zdobieniami kutymi ręcznie przez rzemieślnika, wyglądał jak po przejściu cyklonu. Ashowi wydawało się, że wyczuwa tu jednak źródło energii – działającą numenerę. Faktycznie, pod blatem biurka był ukryty mikroterminal. Na bazie lektury wpisów i raportów bohaterowie zdobyli ogrom informacji na temat statku i swojej przeszłości:
  • Starek nosił nazwę „Łowca niewolników”. Jednostka cieszyła się złą sławą. Miała transportować skazańców albo kolonistów między Ziemią i innymi światami. W swoim ostatnim rejsie transportowała kilkadziesiąt tysięcy przestępców z wyczyszczoną pamięcią oraz tajemniczego „Obcego” na planetę po drugiej stronie Galaktyki.
  • Wśród załogi znajdowali się prawdziwi indywidualiści – brakowało dossier ludzi kierujących Slaverem, ale ze zgromadzonych danych wynikało, że byli werbowani ze względu na swoje nienaturalne zdolności oraz niezwykłe talenty.
  • Statek posiadał bardzo rozbudowane systemy ochrony. Na pokładzie generalnie nie było dużo broni (zwłaszcza ciężkiej), ale funkcjonowały automaty – wielkie maszyny kroczące, wyposażone w masę broni do eliminowania personelu ludzkiego. Machiny te reagowały jedynie na intruzów – istoty, które nie posiadały bransoletki identyfikującej.
  • Na pokładzie panował paskudny nastrój. Kapitan miał informatorów, według których załodze nie podobało się „przekazanie tysięcy ludzi jakiemuś cholernemu obcemu”. Istniało ryzyko sabotażu – i zmaterializowało się eksplozją bomby, wkrótce po opuszczeniu normalnej przestrzeni. Okręt rzuciło w czasie o tysiące lat. Osiadł ostatecznie w Dziewiątym Świecie, na pięćset lat przed przebudzeniem bohaterów.

Mając w perspektywie dalszą wędrówkę i kolejne starcia, grupa nie zdecydowała się ruszyć natychmiast. Przygotowali sobie posłania i zasnęli w apartamencie kapitana. Noc nie przyniosła zagrożeń, ale była niespokojna. Echo przemieszczających się automatów, potworów w rodzaju metalicznego skorpiona oraz innych „gości” wywoływały i podtrzymywały niepokój.

Wyrównanie rachunków


Droga powrotna poza wrak przeciągała się z woli bohaterów. Zdecydowali się sprawdzić uzyskane informacje, zajrzeć do sekcji z „Obcym” oraz medycznej, z maszyną do czyszczenia pamięci. Ta pierwsza była niemal doszczętnie zniszczona. Pomieszczenia – które nota bene wyglądały identycznie, jak reszta statku (przystosowane dla ludzi, nie dla istot o innym, niehumanoidalnym kształcie) – były zmiażdżone, wprasowane w skałę. Po maszynie zaś nie było śladu – ewidentnie zabrano ją do Czarnej Skały.



Kiedy grupa przygotowywała się do wyjścia, Jaros usłyszał komunikat Sherry o pojeździe z Ordo na pokładzie, który podchodził do lądowania gdzieś w głębi Bruzdy. Według schematów powinien przechodzić przez sekcję, w której aktualnie przebywali bohaterowie. Grupa zdecydowała się na zastawienie pułapki. Ryzyko było spore, ale korzyść (nie tylko z uzyskania informacji, ale przede wszystkim pojmania wroga) zdecydowanie większa. Ash pobiegł w głąb statku po pomoc robota ochrony, reszta zaś rozlokowała się na prawdopodobnej trasie ekipy ze Skały.
Walka była masakrą. Tuzin ludzi Ordo wręcz wyparował pod ostrzałem maszyny ochrony i bohaterów. Ci rzucali granatami, strzelali z karabinów, znalezionych w maszynowni pistoletów strzałkowych, potem zaś kroili na sztuki bronią białą. Ordo okazał się jednak prawdziwym twardzielem. Ściągnął moc z najbliższych maszyn (rozładowując w ten sposób kilka enigmatów postaci). Metaliczne ścieżki na jego skórze zapłonęły fioletowym ogniem. Moc była potrzebna do uzyskania władzy nad metalem – miotał fragmentami poszycia, ciskał kapsułami (w jednej z nich zatrzasnął Asha), odchylał pociski i ostrza. Jarosa owinął grubymi, metalowymi pasami, jednak zanim zdążył go zmiażdżyć, został zaatakowany przez płonącego Asha, który cudem uwolnił się z komory. Wzleciał na kawałku kratownicy w górę, próbując zlikwidować zagrożenie, ale to był ostatni podryg – Vonna trafiła go z pistoletu strzałkowego. Igła eksplodowała w oku, rozrywając ćwierć głowy.
Ranni bohaterowie padli na ziemię. Przez kwadrans nikt się nie ruszał – poza Eversonem, który uwolnił Jarosa i Thamą cucącą Asha. Kiedy wyczerpanie minęło, zaczęli zbierać sprzęt. Zabrali datapad Ordo – sprytną numenerę, w której miał zmapowane wszystkie ciała zgromadzone na statku. Pozbierali broń i amunicję, kilka enigmatów oraz nieco innego sprzętu, po czym ruszyli w stronę wyjścia.
Datapad Ordo zawierał masę ciekawych informacji, które uzupełniły obraz zdarzeń, jakie się tu rozegrały w przeszłości:
  • Na statku znajdowała się eksperymentalna maszyna służąca do monitoringu i czyszczenia wspomnień – z rejestru i dziennika można było wywnioskować, że zainstalowaną ją nie tylko dla skazańców, ale również części załogi. Analizując informacje bohaterowie doszli do wniosku, że oni byli w tej części, która miała zostać poddana praniu mózgu i „sprzedana” Obcemu. W rejestrach pasażerów imiona i nazwiska bohaterów zgadzały się z tymi, które „pamiętali”.
  • Celem misji była odległa, niezaludniona przez istoty inteligentne planeta. Slaver miał pozostać na orbicie, na Ziemię zaś wrócić jedynie promy z częścią załogi. Wyglądało na to, że ludzie, statek i transport był zapłatą. 
  • Statek nie upadł z orbity, a „zmaterializował” się bezpośrednio w miejscu, gdzie obecnie znajdowała się Bruzda. Rozepchnął ziemię i skały, częściowo ulegając zniszczeniu. Obcy, czymkolwiek był, przetrwał jedynie w kilku egzemplarzach – prawdopodobnie Rada Czarnej Skały to ostatni członkowie wymierającej, pasożytniczej rasy.
  • Baza danych zawierała informacje o trajektorii promów i kapsuł, które „wystrzeliły” po eksplozji bomby. Wygląda na to, że one również trafiły na Ziemię (niekoniecznie w tych samych czasach, ale zdecydowanie w obrębie kilku wieków od punktu, w którym zmaterializował się sam Slaver). Ash wyciągnął informację na temat najbliższego wahadłowca – miał osiąść około tysiąca mil na północ od Czarnej Skały.

Pożegnanie Czarnej Skały


Bohaterowie razem z Jarosem i Sherry zapakowali się do pojazdu powietrznego, którym do Bruzdy przyleciał Ordo. Dokładne badanie pozwoliło nie tylko nauczyć się podstaw pilotażu, ale również określić zasięg maszyny – mogła przelecieć około ośmiuset mil. Po dyskusji postacie ustaliły, że nie ma sensu pakować się bezpośrednio do wahadłowca. Ekipa nie wiedziała nic na temat Dziewiątego Świata. Nie miała wiedzy ani zasobów by ruszyć w dalszą wyprawę – zwłaszcza, że nic nie wskazywało na to, iż w wahadłowcu poznają sekrety swojej przeszłości albo sposób na powrót do domu.
Ostatecznie stanęło na przelocie do najbliższego miasta i spotkaniu z Kapłanem Eonów – wpływowym członkiem Zakonu Prawdy, jednej z potężniejszych organizacji działających w Ostoi. Człowiek ten zlecał już Jarosowi różne zadania i zawsze była to uczciwa praca. Tam ekipa miała podjąć decyzję co dalej. Bohaterowie pożegnali się z załogą mechanicznego żółwia i ruszyli w drogę do metropolii, żegnając – jak się wydawało – Czarną Skałę na zawsze.

piątek, 3 lutego 2017

S01E02 - Sherry

Grupa trafiła pod klatkę ze sporym marginesem czasowym. Tym razem trzeba było nie tylko zadbać o samą przemianę, ale również sprawdzić czy nikt nie dokonał sabotażu po raz kolejny. Ash dokładnie ostukał blachę z każdej strony, sprawdził szyny i gwinty. Wszystko wyglądało w porządku. Do przemiany Thamie zostało jeszcze kilka godzin – Everson z Vonną postanowili wykorzystać je na polowanie. Wystarczyłby większy gryzoń, by zaspokoić furię przemienionej Thamy – na tym pustkowiu odnalezienie zwierzęcia stanowiło jednak nie lada problem.
Cudem bohaterowie odnaleźli wąwóz, w którym miała swoją norę rodzina susłopodobnych stworzeń. Mieli jednak wielkiego pecha, bo to miejsce wybrał jako lądowisko dziwny, czarny statek kosmiczny. Początkowo wydawało się, że to tylko jakiś dziwny fenomen pogodowy, ale kiedy pokrywa chmur rozdarła się nad głowami Eversona i Vonny, zaś okolicę zaczęły omiatać niewidzialne wiązki telekinetyczne, zorientowali się, że są w poważnych kłopotach. Cudem uniknęli rozerwania przez skanujące promienie czarnego sześcianu. Odbiegli stamtąd, kątem oka widząc, jak czarny pojazd osiada bezpośrednio na wąwozie.
Dwie godziny później Thama wylądowała w klatce, przemieniła się w raptora i zaczęła szaleć, resztę ekipy odwiedził niespodziewany gość. Młoda, ubrana po wojskowemu dziewczyna z dziwnym, zaawansowanym technologicznie karabinem trzymanym nad głową wyszła zapowiadając się z wyprzedzeniem. Sherry, jak się przedstawiła, była zbieraczem numenery. Przywędrowała tu sądząc, że zbije majątek na badaniu Bruzdy – ale liczyła też na zarobek na handlu w Czarnej Skale. Na pytanie o sprzęt tłumaczy, że zostawiła większość swoich gratów w okolicy, żeby nie taszczyć wszystkiego ze sobą. Zboczyła z trasy ku bohaterom mając nadzieję, że mogą ją wprowadzić do środka. Zbyt wiele razy trafiała na agresywnych strażników, którzy strzelali do wszystkiego co się rusza. Bohaterowie nie obiecują nic konkretnego, ale godzą się doprowadzić dziewczynę pod samą Skałę.

Ostatnia noc w Czarnej Skale


Straż godzi się by dziewczyna przenocowała się na klepisku gdzieś na poziomie zero – chyba, że ktoś za nią poręczy, w takim wypadku może przenocować wyżej. Everson okazuje wyrozumiałość (albo wyłazi na jaw jego lubieżność) proponując spanie u siebie. Sherry przyjmuje zaproszenie, ale do niczego nie dochodzi – nawet, jeśli propozycja była z podtekstem, dziewczyna jej nie wychwyciła. Pompuje materac, rozkłada śpiwór i kładzie się spać. Everson nie jest w ciemię bity – nie ufa jej na tyle, by zostawić ją bez „opieki”. Obserwuje ją przez całą noc, starając się nie zasnąć. Jest na tyle twardy by nie przymknąć oka, ale wydaje się, że niepotrzebnie, bo dziewczyna śpi jak zabita.
Rankiem Everson staje się celem tradycyjnych podśmiechujek. Zabiera Sherry na śniadanie – ta jednak chciałaby wcześniej skorzystać z prysznica. Obiecuje dołączyć do reszty, kiedy tylko skończy kąpiel. Dwie minuty po tym, jak znika w łaźni, Eversona dopada rozwścieczony Ordo. Wrzeszczy, że laska ukradła coś cennego ze szczytu Skały – ważną numenerę, bez której osada jest zgubiona. Jak łatwo zgadnąć, Sherry nie ma już w łaźni. Nie zostawiła żadnych śladów. Oczywiste jest, którędy opuściła osadę – pozostaje więc ruszyć w pogoń mając nadzieję na odnalezienie śladów.
Ash celnie punktuje, że musiała wesprzeć się jakąś numenerą i prędzej czy później ślady będą widoczne. Zakładają, że wróci się po swój sprzęt i ucieknie do pracodawcy, dlatego kierują się wzdłuż wczorajszej trasy. Faktycznie, za osadą odnajdują urządzenie umożliwiające lewitację – zabierają je i idą dalej po widocznych tropach charakterystycznych, wojskowych butów dziewczyny. 
Cała czwórka badała okolicę, ale niestety nie udało się odnaleźć żadnych śladów. Wyglądało na to, jakby faktycznie ewakuowała się stamtąd przy pomocy urządzenia umożliwiającego lot albo lewitację. Pewne było, że nie była w stanie fruwać w nieskończoność – kwestią czasu więc było kiedy grupa trafi na jakieś ślady. Bohaterowie podzielili się na dwie grupy. Zaczęli badać teren odchodząc w koncentrycznych kręgach dalej od skał. Jako pierwsi na trop natknął się Ash z Eversonem – ten pierwszy pobiegł po Vonnę i Thamę, zaś drugi ostrożnie ruszył śladami Sherry.
Po chwili usłyszał kliknięcie – ujrzał uciekinierkę zsuwającą kaptur. Trzymała w rękach jakiś paskudnie wyglądający karabin. Z uroczym uśmiechem przeprosiła Eversona za to, że go oszukała i ostrzegła, by nikt nie ruszał jej śladem. Próbowała przekonać, że jej pracodawca być może zgodzi się oddać skradziony artefakt, jednak nie przestraszy się gróźb ani nawet potencjalnego starcia z bohaterami. Podkreśliła, że nie jest wrogiem bohaterów. Jaros podejrzewał, że grupa ma być „złożona w ofierze” radzie i stać się nosicielami jakiegoś kosmicznego pasożyta – ale więcej na ten temat Sherry już nie wiedziała. Obiecała spotkać się w tym miejscu za dwa dni, prawdopodobnie ze swoim szefem. Potem wystrzeliła z karabinu. Ogłuszony Everson upadł między skały.

Powrót do Skały


Bohaterowie nie mieli złudzeń, że ich lojalność będzie kwestionowana. Everson i Thama pozostali na miejscu – kiedy miała nadejść przemiana w bestię, ten pierwszy miał spróbować uspokoić dziewczynę. Vonna z Ashem ruszyła do Skały by zdać raport, zabrać ekwipunek i ruszyć z powrotem. Nic nie wskazywało na to, by – niezależnie od porozumienia z Jarosem – mieli tam wrócić. Dobrze by jednak było zabrać ekwipunek, zaś kłamstwo, które przez jakiś czas wstrzymywałoby pościg byłoby wisienką na torcie.
Ordo nie ukrywał podejrzeń. Dokładnie przetrzepał bohaterów z wcześniejszych wydarzeń. Zasugerował – bez możliwości odmowy – wsparcie w postaci pary tropicieli. Okazali się nimi Nyx i Jenna. Ten pierwszy był świetnie wyszkolonym zwiadowcą, druga strażnikiem, który nawalił. Oni również wykazywali pewną dozę nieufności, jednak genialny blef Asha sprawił, że nie mieli do czego się przyczepić. Na dźwięk imienia Jarosa reaguje ostro – tak, był taki człowiek, okazał się niegodny by żyć w Skale, opuścił osadę kilkanaście lat wcześniej. Z pewnością źle życzy Radzie i samej Skale. Ordo nie powiedział jednak o szczegółach. Brzmiało to trochę, jakby chciał ukryć niewygodne fakty.
Plan ekipy był prosty – ruszyć śladami Sherry i kluczyć przez dzień. Następnego dnia wrócić do skał na spotkanie z Jarosem. Było to bardzo ryzykowne, ponieważ na horyzoncie majaczyły już Smoliste Bagna, obyło się jednak bez ataku wyrzutków. Ekipa miała świetną zabawę widząc rosnącą frustrację Nyxa, który nie był w stanie znaleźć jakichkolwiek śladów. Facet ewidentnie zdał sobie sprawę, że wrócą do Skały z informacją o porażce.
Na miejscu spotkania czekał już mechaniczny żółw. Bohaterowie nie okazali zdziwienia – wraz z parą tropicieli przysiedli się do wędrowców. W trakcie rozmowy zostali poczęstowani przez handlarzy gulaszem. Wszystkim smakował – najbardziej Nyx i Jenna, którzy w kwadrans później spali snem zabitego. Wówczas z ukrycia wyszedł Jaros. Zwiadowcy zostali przeniesieni w ustronne miejsce i dokładnie przeszukani – oprócz nadajnika, broni i normalnego ekwipunku znalazł się bardzo zaawansowany lokalizator. Kiedy bohaterowie upewnili się, że faktycznie śpią, wrócili do ogniska porozmawiać ze zleceniodawcą Sherry. Ta ostatnia po chwili dołączyła do wszystkich, po raz kolejny przepraszając Eversona za to, co musiała zrobić.
Grupa wdała się w dyskusję z Jarosem. Ten pokazał bransoletkę – taką samą, jaką posiadali wszyscy bohaterowie i Sherry. Zdradził, że to prawdopodobnie system identyfikacji – być może karta wejściowa na pokład okrętu, który jego zdaniem tkwił wbity w dno Bruzdy. Jaros został, podobnie jak postacie, wyciągnięty stamtąd. Miał przejść Rytuał, stać się częścią społeczności Czarnej Skały. W porę dowiedział się, że Rytuał to nic innego, jak moment przeszczepiania obcego pasożyta z umierającego członka Rady. Uciekł, obiecując wyrównać rachunki. Z czasem jednak istotniejsza okazała się prawda – kim jest, skąd pochodzi, jakim cudem znalazł się w tych czasach, w tym miejscu. Zależało mu na zbadaniu wraku, odzyskania pamięci.
Zaproponował bohaterom by ruszyli z nim i Sherry do Bruzdy. Nie tylko mogli poznać w ten sposób swoją przeszłość, ale również znaleźć jakąś numenerę – Jaros nie ukrywał, że liczy na enigmaty i artefakty. Potem ich ścieżki mogłyby się rozejść albo mogli powędrować dalej, do Vrakos – najbliższego, większego miasta. Pozostało jedynie rozwiązać problem Nyxa i Jenny.
Ash zaproponował przesłuchanie tego pierwszego. Vonna zaaplikowała mu pigułę prawdy. Zwiadowca pocił się, stękał, próbował zataić lub przemilczeć niewygodne fakty, ale farmaceutyk zrobił swoje – przyznał, że Ordo im nie ufał, kazał dokładnie obserwować i informować o jakimkolwiek podejrzanym zachowaniu.
Jaros zastrzelił go przy milczącej zgodzie bohaterów. Jenna zginęła we śnie.

Eksploracja


Bohaterowie wdrapali się na żółwia. Ten ruszył jeszcze przed świtem – droga do Bruzdy nie była daleka, ale stworzenie to mogło być dostrzeżone w świetle dnia. Ostatnim, czego Jaros pragnął było zwrócenie na siebie uwagi ludzi z Czarnej Skały. Do wnętrza wąwozu zeszła jedynie szóstka – czworo bohaterów, Sherry i Jaros. Szli powoli, ostrożnie, nie ryzykując złamania ani zwichnięcia. W pewnym momencie usłyszeli świst – wszyscy, oprócz Vonny błyskawicznie ukryli się w skalnych załomach. Nad ich głowami przeleciał latający pojazd Rady Czarnej Skały. Wydawało się, że nie zauważyli Vonny, ale wszyscy mieli świadomość, że jeśli ktoś spoglądał w Bruzdę, musiał ją dostrzec.
Wejście do środka wraku wyglądało dokładnie tak, jak powinno – wielki, wypaczony od gorąca właz leżał kilka metrów od rdzewiejącego, odartego z poszycia boku. Wyglądało to bardziej jakby był to fragment jakiejś konstrukcji – stal wyzierała spomiędzy skał, jakby z niej wyrastała. Okręt musiałby być w jakiś sposób chroniony przed uderzeniem albo… nie latał, ale się tu zmaterializował.
Wewnątrz czuć było mocno stęchliznę, jednak już na pierwszy rzut oka widać było, że bohaterowie nie byli pierwszymi ludźmi badającymi wrak od czasu katastrofy. Wszystkie pomieszczenia ogołocono ze sprzętów. Po elektronice i innych, zaawansowanych technologiach nie było śladu. Było za to bardzo dużo rdzy i złuszczonej farby. To coś, czymkolwiek to było, musiało leżeć zagrzebane pod ziemią przez dziesiątki, jeśli nie setki lat. Widać legendy o tym, jak powstała Bruzda zawierały w sobie coś więcej, niż odrobinę prawdy.
Bohaterowie wędrowali pustymi korytarzami przez jakiś czas. Kilka razy zatrzymywała ich gródź albo zablokowany zamek. Zachowywali czujność, ale wszystko wskazywało na to, że nie było powodu do niepokoju – być może ludzie z Czarnej Skały mogli się tu pojawić, ale ewidentnie w danej chwili we wraku nie było nikogo z osady. Mimo to, na wszelki wypadek grupa podjęła decyzję o wystawieniu czujki – do tej roli idealnie pasowała Sherry i to ona zawróciła w stronę wejścia do statku.


Kilka minut później grupa dotarła do – jak się zdaje – celu. W olbrzymiej sali znajdowały się setki komór kriogenicznych. Część była pusta, inne uszkodzone, jednak w większości wciąż trwali w letargu ludzie. Przez zamglone szyby nie było wiele widać, Ash i Vonna zdołali jednak zauważyć, że zamrożeni to nie tylko ludzie. Walające się po podłodze kable zbiegały się przy olbrzymiej konsoli na przeciwległym względem wejścia końcu pomieszczenia. Jak się okazało, komputer nie tylko nie był uszkodzony, ale na dodatek pod prądem. Choć komunikaty były podawane w innym, niż ziemski, alfabecie, Ash (ani pozostali bohaterowie) nie mieli problemu z jego zrozumieniem. Tak, jak przeczuwali i jak ostrzegał ich Jaros – na tym poziomie znajdowały się komory, w których jeszcze kilka miesięcy temu byli sami. Ash z Eversonem zaczęli dłubać w danych, próbując dostać się do ciekawszych plików, podczas gdy Vonna z Thamą ruszyły sprawdzić czy faktycznie owe komory są puste. Jaros gdzieś się ulotnił.
Konsola nie dawała dostępu do innych danych, niż medyczne, Ash zdołał jednak potwierdzić, że na statku znajduje się wiele takich pomieszczeń – statek (bo nie wydawało się, żeby to było cokolwiek innego) przewoził dziesiątki tysięcy hibernatusów. Czemu jednak wszyscy byli pozbawieni pamięci? Dlaczego w komputerze nie było jakichkolwiek informacji na temat przeszłości postaci? Na te pytania grupa nie odnalazła odpowiedzi.
Zwrócili jednak uwagę, że Jaros nie wraca.

Mostek


Przewodnik bez wątpienia wiedział więcej – nic dziwnego, skoro miał możliwość przejrzenia baz danych z Czarnej Skały. Idąc jego tropem bohaterowie trafili do niewielkiego pomieszczenia z windami. Wezwali jedną z nich i pojechali śladem Jarosa. Jak można było się domyśleć, na poziomie siódmym, gdzie zatrzymała się winda, znajdował się mostek. Jaros siedział przy jednej z konsol, mrucząc coś pod nosem. Ewidentnie nie był zadowolony z tego, jak niewiele danych udało mu się uzyskać. Burknął pod nosem, że trafiło mu się stanowisko ochrony i zasugerował, żeby sprawdzić inne. Asha nie trzeba było do tego przekonywać.
Jego konsola zawierała dane nawigacyjne. Wynikało z nich, że OSN-120-3365, jak oficjalnie był „nazwany” statek, był międzygwiezdnym okrętem przeznaczonym do transportu. Niewiele wynikało z dat, kierunków i map, ale bohaterowie byli niemal pewni, że był to statek pokoleniowy, który cel znajdował się tysiące lat świetlnych od Ziemi. Na pokładzie doszło do jakiejś katastrofy wkrótce po opuszczeniu orbity. Na pytanie jakim cudem nie rozpadł się przy wejściu w atmosferę (ani dlaczego w ogóle zawrócił ku planecie) grupa jednak nie znalazła odpowiedzi. Ashowi udało się coś innego: określić wiek statku. Daty bohaterom nic nie mówiły, ale odejmując lata wyszło, że leży zagrzebany w bruździe pięć wieków. Sama podróż do momentu katastrofy trwała zaś niecałe dwa lata.
Jaros zasugerował, by poszukać komputera kapitana, a jeszcze lepiej – jego kajuty, gdzie bez wątpienia będzie można dostać się do dziennika i uzyskać konkretne informacje. Na temat ich przeszłości, ale również na temat artefaktów i enigmatów, które pozostały na pokładzie okrętu.

wtorek, 31 stycznia 2017

S01E01 - Czarna Skała

Bohaterowie obudzili się z pustką w głowie. Nie pamiętali nic ze swej przeszłości prócz imion. Byli do siebie podobni, mieli przeświadczenie, że znają się i pochodzą z tego samego kraju (świata, czasu…), ale za nic nie mogli sobie przypomnieć czegokolwiek konkretnego. Musieli być ofiarą jakiegoś wypadku albo uciekinierami, bo zostali odnalezieni na kompletnym pustkowiu, w fatalnym stanie. Odwodnieni, wychudzeni, słabi jak niemowlaki – gdyby nie pomoc ludzi z Czarnej Skały, z pewnością umarliby tam z głodu, pragnienia lub zimna.
Czarna Skała stała się ich domem na długie tygodnie. Osada zbudowana wokół spiralnej, syntetycznej góry z porowatego kompozytu, liczyła sobie bez mała dwustu mieszkańców. Gdyby nie numenera znalezione przed wiekami, to miejsce nie utrzymałoby choćby tuzina ludzi. Ziemia była tu już nawet nie jałowa, co martwa. Na zachodzie ciągnęła się Bruzda – głęboka rana na ciele Ziemi, z której (według opowieści) co rusz wynurzały się jakieś zmutowane potwory i bestie. Na północy znajdowały się Smoliste Bagniska, zamieszkiwane przez plemiona dzikusów i bezludzi. Wschód był skąpo zamieszkały – niewielkie, warowne osady nie były zbyt przyjaźnie nastawione względem gości. Jedynie na południu znajdowało się większe miasto, ale i ono trwało wyłącznie dzięki artefaktom.
Ludzie z Czarnej Skały byli nieco dziwni. Daleko im było do sekciarzy z prawdziwego zdarzenia, ale bez wątpienia mieli niejedno dziwactwo. Kierowała nimi rada (ze starcem Ordo o największej władzy). Mieli jakieś stopnie wtajemniczenia, głosowania, dziwne obrzędy – ale w zasadzie wydawało się to niegroźne. Zbudowali klatkę dla Thamy, zamiast zabić ją gdy ta przemieniła się w bestię. Pomogli naprawić uszkodzenia wszczepów Eversona. Nie przepędzili postaci mimo, że ich umiejętności (jakie by nie były), niekoniecznie są przydatne osadzie.
Wciąż jednak pozostała kwestia dziwnego zachowania.

Strzaskane ogary


To była pierwsza z pięciu nocy przemian Thamy. Grupa wędrowała po pustkowiu, zmierzając ku klatce, w której zamykano dziewczynę na te kluczowe godziny. Było zimno, dął lodowaty, cuchnący wiatr. Ewidentnie nie była to pogoda w sam raz na nocne przechadzki – postacie wolały się jednak trzymać razem. Na wypadek, gdyby coś poszło nie tak i Thama ruszyła na łowy.
Idąc do klatki bohaterowie usłyszeli nagle strzał, po czym rozległo się przeraźliwe wycie. Dostrzegli sforę strzaskanych ogarów – dzikich psowatych o paskudnych, ptakopodobnych łbach – szarpiących jakieś (bez wątpienia ludzkie) zwłoki. Jeden z ogarów warczał i próbował się wdrapać na leżący nieopodal głaz. Grupa bardzo szybko podjęła decyzję – kwestią sekund było, kiedy psy ich dostrzegą. Vonna oddzieliła się od reszty i spróbowała zajść sforę od tyłu, podczas gdy pozostałe trzy postaci skupiły na siebie uwagę.
Psy rzuciły się z furią na Asha i Thamę. Pewne siebie, wściekłe bestie nie były jednak specjalnie groźne. Starcie z czwórką dobrze wytrenowanych i solidnie uzbrojonych ludzi to w końcu coś innego, niż atak na samotnego wędrowca. Po niecałej minucie było po wszystkim – nie licząc lekkich uszkodzeń Eversona, bohaterom nie stało się nic złego.
Okazało się, że ogar nie warczał na głaz bez powodu. Kiedy ostatnie stworzenie padło, na szczycie kamienia pojawił się kilkunastoletni chłopak. Wyłączył jakieś urządzenie przypięte do peleryny – bez wątpienia zapewniające niewidzialność – po czym zeskoczył na ziemię i gorąco podziękował bohaterom. Był ewidentnie w szoku, przerażony widokiem poszarpanych zwłok (jak się okazało, stryja) – nie mógł uwierzyć, że ocalał. Przedstawił się jako Gylian. Stwierdził, że jego rodzina została skierowana w te strony jako rzekomo bezpieczne. Nie miało tu być żadnych drapieżników.
Wkrótce na horyzoncie pojawił się ich środek transportu. Gargantuiczny żółw o okaleczonym ciele, kontrolowany przez prymitywne wszczepy poruszał się… w żółwim tempie. Na jego grzbiecie podczepiono dom – dziwną konstrukcję z blachy, syntu i kompozytów. Kiedy po kilkunastu minutach grupa spotkała się z tym dziwnym stworem, z góry zjechał na linie starszy (podobny do chłopaka) człowiek. Był to ojciec Gyliana. Podziękował raz jeszcze za pomoc, po czym zagadnął grupę o miejsce, z którego pochodzą. Miał słabe informacje o Czarnej Skale i jeszcze słabsze o najbliższej okolicy. Zdecydował, że spróbuje pohandlować z osadą – oraz, oczywiście, zabrać i pogrzebać ciało brata. Postacie stwierdziły, że obaj zachowywali się dość dziwnie, ale podsumowali to ostatecznie wzruszeniem ramion – w Dziewiątym Świecie normą jest w końcu brak norm.

Klatka


To kolejna noc Thamy w klatce. Wszystko przebiegło według dobrze znanego rytuału – dziewczyna weszła do środka, zasunęła drzwi. Zrzuciła ubranie, po czym domknęła metalową płytę. Ash przesunął zasuwę i założył kłódkę. Do tej pory wszystko szło zawsze według tego samego schematu.
Tym razem coś poszło nie tak.
Klatka dosłownie się rozpadła. Jaszczurza Thama, wściekła i głodna, wyskoczyła z klatki i od razu wystartowała z pazurami i kłami na bohaterów. Dwójka uratowała się wspinaczką na dach klatki. Everson spróbował uspokoić dziewczynę. Po jakimś czasie się udało. Thama wróciła do ludzkiej postaci – schowała się na chwilę do klatki by się ubrać. Ekipa od razu zaczęła sprawdzać kontener.
Ktoś ewidentnie przy nim majstrował. Szyny, na których umocowano drzwi są uszkodzone. Wyrwano śruby mocujące je do podłogi i sufitu. Wystarczyło mocniej uderzyć w blachę, a drzwi wypadały na zewnątrz. Niestety, nie ma wielu śladów – gdyby sabotaż udało się dostrzec od razu, może coś by się udało zauważyć. W Czarnej Skale jest zbyt wielu ludzi, którzy mogli się tu przewinąć przez ostatni miesiąc. Nie pozostaje zrobić nic innego, jak wrócić do osady.

Powrót do osady


Żółw już tam dotarł. Obie ekipy wzajemnie się obwąchiwały. Strażnicy nie wpuścili podróżnych do wnętrza osady, ale obiecali przyprowadzić kogoś z rady i umożliwić handel. Zmęczeni bohaterowie nie drążą tematu dalej – chwytają na szybko jakieś żarcie i uderzają w kimono.
Rankiem wybrali się na śniadanie (znowu prepak!), a potem obejrzeć jak handlarze rozkładają namioty i wyciągają skrzynki ze złomem. Ash i Vonna obejrzeli sobie ten sprzęt, po czym próbowali pohandlować. Nie mieli specjalnie czym, ale w zamian za pomoc w rozszyfrowaniu sposobu działania oczyszczacza żywności otrzymali jedno dziwactwo – lunetę pokazującą (jak się wydaje) inne wszechświaty.
W między czasie Everson zajął się swoimi uszkodzeniami. Dzięki warsztatowi Czarnej Skały to kwestia jedynie chwili oczekiwania. Ash z Thamą ruszył tymczasem do klatki naprawić uszkodzenia. Po południu całą grupę wezwał Ordo. W zaciemnionym pomieszczeniu z holograficznym projektorem pokazał materiały nagrane przez zwiadowców. Widać strzaskane, zamaskowane klatki, w których ktoś zapewne trzymał ogary. Wydaje się, że komuś zależało na tym by stado zaatakowało bohaterów – chłopak i jego stryj pojawili się w okolicy jedynie przypadkiem. Dodatkowo strażnicy raportowali o jakimś „cieniu” – prawdopodobnie jakiejś czworonożnej bestii – która próbowała przedostać się do wnętrza. Została spłoszona, nikt nie ucierpiał, ale to, że pojawiła się w dniu, kiedy żółw zaparkował pod Skałą budzi mocne podejrzenia.
Ekipa chciała wybadać jakoś temat. Najłatwiejsze wydawało się wyciągnięcie informacji u źródła. Vonna uderzyła w – jak się jej wydaje – najsłabsze ogniwo. Chłopak jest w takim wieku, że omotanie go powinno być dziecinnie łatwe. Sukces jest murowany. Niestety! Jego ojciec pojawił się w najgorszym momencie. Dał chłopakowi szlaban i pouczył Vonnę. Trzeba będzie zdobyć informacje z innego źródła.
Ekipa nie ma czasu zbadać sprawy porządniej. Zbliża się noc – kolejna noc przemiany Thamy. Bohaterowie podjęli decyzję o polowaniu. Chcieli złapać dziewczynie jakieś zwierzę do zmasakrowania podczas przemiany, by nie słabła tak, jak podczas wcześniejszych nocy. Zabrali ze sobą ekwipunek i ruszyli na łowy.

Polowanie


Okolica była w zasadzie martwa, dlatego grupa podjęła decyzję o spróbowaniu swoich szans bliżej Bruzdy. Zwiadowcy widzieli tam nieraz niewielkie stada tetrahydr – pojmanie młodej, podczas gdy reszta grupy odstraszałaby dorosłe nie powinno stanowić większego problemu. Po około godzinie wędrówki bohaterowie dostrzegli kilka sztuk trzepoczących szaleńczo skrzydłami ponad niewielkim kraterem. Bez wątpienia starały się chronić gniazdo, jednak przed jakim zagrożeniem?
Nagle stało się jasne dlaczego zwierzęta zachowują się tak podejrzanie. Z krateru, w którym bez wątpienia znajdowało się gniazdo paskudnych stworzeń wynurzyła się potworna istota o ciele olbrzymiego, drapieżnego kota. Nie miała głowy – na jej miejscu widniała lśniąca chorym, zielonkawym światłem, półmaterialna sfera. Stworzenie rzuciło się na bohaterów próbując rozerwać ich ciała długimi, ostrymi szponami. Postacie zareagowały błyskawicznie – nano spowił je w swym ogniu, podczas gdy pozostali bohaterowie próbowali bardziej konwencjonalnych metod. Gdy bestia zrozumiała, że ma do czynienia z kimś niezwykłym, podjęła próbę przejęcia kontroli nad człowiekiem, który zadał jej najwięcej bólu. Ash odparł psychiczny atak i powtórnie spowił ją w ogniu. Kilkanaście sekund później było już po wszystkim – stworzenie upadło i znieruchomiało, zaś sfera znajdująca się na miejscu jego głowy zaczęła blednąć i gasnąć.