środa, 15 marca 2017

S01E05 - Bitwa o Bursztynową Obręcz

Bohaterowie dostarczyli Bursztynową Obręcz do laboratorium Tigona. Ten poprosił ich by pozostali na czas montażu – kiedy zamocuje ją w budowanym przez siebie artefakcie i uruchomi urządzenie, jego przeciwniczka nie będzie już w stanie nic zrobić. Wcześniej, niestety, jest możliwy atak. Jeden z pomocników kapłana (Paramon) wrócił z zakupów mówiąc, że widział czwórkę najemników w północnej części miasta - tych samych, którzy byli z Razos pod Wieżą. Wchodzili do domu Arxosa, szefa straży miejskiej. Prawdopodobnie bohaterowie nie mogą liczyć na pomoc stróżów prawa tej nocy.


Atak



Bohaterowie spodziewali się najgorszego, dlatego starali się przygotować na wszelką ewentualność. Dwie osoby ciągle pilnowały budynku z dachu bunkra, dwie odpoczywały na dole albo patrolowały kompleks. Ash założył prosty system alarmowy, Everson poblokował grodzie prowadzące do nieużywanych pomieszczeń. Wydawało się, że ekipa dobrze przygotowała się do ewentualnego szturmu.
Ale szturmu nie było.
Thamę ze snu wybudził dziwny dźwięk chrobotania - jakby coś ocierało się o metalową powierzchnię. Wystarszona Thama poszła do pokoju Eversona - razem (po zapakowaniu się tego drugiego w pancerz) ruszyli zweryfikować co jest źródłem hałasu. W pewnym momencie w kompleksie zgasło światło. Chwilę później z pokoju jednego z pomocników dał się słyszeć potworny krzyk.
Okazało się, że pierwsza fala ataku to krasty - niewielkie automatony wysłane w celu zdjęcia zabezpieczeń, wymordowania śpiących i poranienia reszty. Everson z Thamą poradzili sobie z pewnymi problemami z sześcioma krastami. W między czasie zaalarmowani Ash i Vonna ruszyli biegiem na dół. Ta druga odniosła poważne rany z trzema automatami, które spadły na nią po wbiegnięciu do kompleksu. Ash został z tyłu - kiedy blokował gródź dostrzegł, że górne wrota powoli się otwierają…
Bohaterowie zebrali się razem i, przy świetle nano, ruszyli do części kompleksu, w której Tigon prowadził swoje badania. Na szczęście naukowcowi nic się nie stało. Finalizował prace - montował ostatnie linie zasilania Obręczy i kalibrował artefakt.


Walka pod portalem



Ktoś (jak się później okaże - przekupiona pomocniczka Tigona) rozbezpieczył kompletnie cały kompleks. Nie było szansy na zablokowanie szerokiej grodzi prowadzącej do wyższej części siedziby kapłana. Bohaterowie przygotowywali się tak, jak mogli - budując barykadę, ukrywając się za jakąś osłoną. Najemnicy mieli jednak coś, co było w stanie poradzić sobie ze wszystkimi na raz - wyrzutnię rakiet, która rozrzuciła wszystkich po pomieszczeniu, ogłuszając na chwilę potrzebną do przebiegnięcia korytarza.
Walka była zacięta. Napastnicy byli bardzo dobrze wyszkoleni i wyposażeni. Trzech miało elektropałki, czwarty artefakt walący kulami elektryczności. Oberwał Ash, potem Obręcz - i nagle urządzenie odmówiło posłuszeństwa. Zaczęło otwierać portal prowadzący do innej rzeczywistości. W tym czasie Vonna przeszła w niematerialną postać i ukryła. Najemnicy byli w gorszej sytuacji. Kiedy wyposażony w elektryczną wyrzutnię został ciężko raniony, wrzeszcząc odpalił pełen ładunek w Obręcz. Natychmiast otworzył się wir, który zaczął wciągać bohaterów, Tigona i najemników. Ash cudem zdołał przeprogramować Obręcz - ustabilizował portal. Zabezpieczył cały kompleks, zabrał potrzebny ekwipunek, po czym ruszył przez bramę.


Pobudka



Kiedy Ash przekroczył - jak się obawiał jednokierunkowy portal - dostrzegł najemnika z elektromiotaczem, który chwiejąc się na nogach próbował wycelować w nieprzytomnych bohaterów. Kula ognia ekspresowo go dobiła. Szybkie badanie pozwoliło stwierdzić, że nie ma połączenia z datasferą. Na podłodze leżał też nieprzytomny Tigon i bohaterowie - ci byli w nieco lepszym stanie, po chwili zaczęli dochodzić do siebie. Nano przeszukał ekspresowo pokonanych - poza maskami, garścią shinów i bronią nie mieli przy sobie nic ciekawego. Pomieszczenie, w którym wylądowali miało identyczne wymiary, jak “maszynownia” Tigona. Było jednak pozbawione wszelkich sprzętów. Śmierdziało elektrostatyką i stęchlizną.
Po chwili portal zgasł.
Tigon był dość poważnie ranny. Miał złamane ramię (Ashowi udało się je nastawić), był poparzony, osłabiony i w szoku. Dał radę iść, ale widać było na pierwszy rzut oka, że będzie wszystkich opóźniał. Z pomieszczenia można było wyjść tylko jedną drogą - schodami do góry. Tu również było widać ślady najemnika. Kiedy bohaterowie zbliżyli się do powierzchni, usłyszeli głośne „Nie, nieee! Zostawcie mnie, błagam. Nieee!”. Podglądając dostrzegli, jak trzy okryte chitynowym pancerzem, mierzące trzy metry długości insekty o humanoidalnych torsach w miejscu głów i dwóch parach chwytnych odnóży trzymały szamoczącego się, rannego żołnierza – jeden z nich badał go jakimś przedmiotem – czarnym, synthowym prętem zakończonym pomarańczowo jarzącym się kryształem. Koniec musiał być bardzo gorący, bo kiedy zbliżał go do ciała człowieka, ten się wyrywał i wrzeszczał. Insekty porozumiewały się dziwnymi kliknięciami i skomplikowanymi gestami odnóży. Nie reagowały w ogóle na wrzaski swojej ofiary. W końcu jedno ze stworzeń sięgnęło po długi nóż o ząbkowanym ostrzu i oberżnęło głowę najemnika spokojnymi, metodycznymi ruchami. Wsadziło ją do pojemnika przytroczonego przy odwłoku – potem cała trójka ruszyła w dalszą drogę, znikając postaciom z pola widzenia.


Bohaterowie odczekali chwilę, po czym wyszli na powierzchnię. Okazało się, że świat, w który rzucił ich portal jest ogrzewany przez pomarańczowe, starsze od ziemskiego słońce. Na południe widzieli olbrzymie kopce przypominające kopce termitów, z północy zaś błysnęło, jakby znajdowała się tam jakaś metalowa konstrukcja. Ekipa zasłoniła twarze chustkami - wszechobecny, rdzawy pył już po kilku minutach okazał się wyjątkowo nieprzyjemny (gorzej, niż smog) - po czym ruszyła w stronę “metalowych” ruin.


Enklawa



Wokół wraku pojazdu zbudował swoją osadę klan - niegdyś - nomadów. Twardzi, prymitywni ludzie, choć nie panikowali na widok sztuczek Asha czy metalowych ramion Eversona. Przed wejściem zabrali jednak całą widoczną broń, jaką ekipa miała przy sobie.
Bezinteresownie podzielili się wodą i pożywieniem, wezwali również doktora (dziwaczną, zgarbioną, czerwonoskórą istotę o dwóch parach oczu i trójpalczastych dłoniach), by zajął się Tigonem. Z opowieści wynikało, że insekty, które bohaterowie widzieli to rodzaj “szlachty” - szeregowi przedstawiciele gatunku (gatunków?) to bezmyślne zwierzęta. Zapuszczają się tu rzadko. Nie widzą w ludziach inteligentnych istot - ilekroć łapali człowieka, traktowali jak bydło. Tylko raz próbowali podejść pod wrak, ale technologia (nomadzi nie posługują się pojęciem “numenera”), jaką dysponowali pozwoliła je przepędzić. Mieszkali tu od ośmiu lat - nieco wcześniej rozbił się tu wrak.
Około dzień drogi stąd leżała osada, którą mieszkańcy nazwali Nowym Ximare. Tubylcy nie wiedzieli kto ją założył, ani kiedy (strzelali, że piętnaście lat temu), ale byli pewni, że część to rozbitkowie, jak bohaterowie. Ximare bardzo się rozrosło, “wchłania” klany nomadów i różnych podróżników.
Bohaterowie ekspresowo zdecydowali się ruszyć właśnie w tym kierunku. Przehandlowali kilka enigmatów za zapasy, przenocowali w enklawie, po czym, o świcie, wyruszyli ku Nowemu Ximare.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz