Ash postanowił pokazać wszystkim, jak biegły jest w obsłudze takich terminali. Przeprosił Jarosa, usiadł za konsolą i zaczął wprowadzać komendy. Chwilę potem ekran zaczął mrużyć i nagle eksplodował snopem iskier. Zapaliły się ultrafioletowe lampy systemu ewakuacyjnego, na podłodze pojawiły strzałki prowadzące do bezpiecznych stref, zaś zaraz potem dał się słyszeć potworny zgrzyt. Jakby jakiś wielki automat systemu ochrony właśnie się aktywował i ruszył na poszukiwanie intruzów.
Cóż, mleko się rozlało.
Jaros omówił z ekipą dalszy plan. Najrozsądniejszy pomysł miał Ash – dostać się do innej konsoli o odpowiednim poziomie uprawnień i stamtąd ściągnąć potrzebne dane. Grupa zgodziła się z jego sugestią i ruszyła w stronę rufy – w maszynowni według planów miała znajdować się centrala sterująca o odpowiednim poziomie dostępów. Problemem jednak było przedostanie się nie tylko obok właśnie obudzonego strażnika, ale również przez zniszczone (prawdopodobnie wybuchem) sekcje okrętu.
Nieludzie
Okręt był w zadziwiająco dobrym stanie. Biorąc pod uwagę na to, ile lat trwał zakleszczony w Bruździe, aż dziw brał, że większość sekcji miała jeszcze zasilanie. Widać było jednak na pierwszy rzut oka, że statek jest tkwił tu od bardzo dawna. Nawet zaawansowana technologia nie powstrzymała rdzy, pleśni i zgnilizny. Wszędzie widać było złuszczoną farbę, przerdzewiałe, powypaczane blachy, kratownice i wsporniki. Polimerowe i kompozytowe elementy dosłownie się rozpadły, odsłaniając szkielet konstrukcji.
Nie wszystkie elementy działały. Rozetowa gródź miała wybrzuszenia, jakby ktoś starał się przebić z drugiej strony – bohaterowie nie ryzykowali przejścia przez niewielki otwór. Spodziewali się, że to pułapka. Kiedy zostaliby zaatakowani i zmuszeni do wycofania się, nie byłoby szansy na szybką ucieczkę. Zdecydowali się obejść sekcję (z której zresztą dochodziły dźwięki automatu strażniczego) inną trasą – przez kolejne moduły z zahibernowanymi ludźmi.
To była sala, jak inne – z jednym wyjątkiem, bo tutaj większość komór był rozerwanych. Wyglądało to, jakby ktoś je otwierał łomem, a nie uruchamiając procedurę wybudzania. Bohaterowie, przeczuwając niebezpieczeństwo, przemieszczali się ostrożnie, oświetlając sobie drogę jedynie w minimalnym stopniu. Kiedy byli mniej więcej w połowie pomieszczenia, Everson i Thama usłyszeli jakiś szelest. Dostrzegli grupkę szaroskórych istot pochylających się nad jedną z komór. Grupa szybko ukryła się po zakamarkach sali. Ash i Vonna wygasili światła. Po chwili dał się słyszeć szczęk rozrywanej komory. Wszystkim stanął przed oczami widok bandy zmutowanych kanibali, zaciągających umierających kolonistów w mrok ich nory, pożerających surowe ludzkie mięso tępymi, pożółkłymi zębami… I w zasadzie nie mylili się, ale tym razem finał wyprawy nieludzi miał być inny.
Coś wielkiego i chitynowego dało się słyszeć z oddali. Coś głodnego, na tyle dużego, że musiało przeciskać się korytarzami, rozrywać blachy, wyginać wsporniki.
Nieludzie zaczęli uciekać w stronę bohaterów.
Ci postanowili zastawić pułapkę. Wydawało się, że skoordynowany ostrzał w momencie, kiedy tamci znajdą się blisko załatwi sprawę. Nieludzie byli jednak zbyt czujni i twardzi, by byle strzał z karabinu położył ich trupem. Jako pierwszy zaatakował Jaros. Rzucił jakiś paskudny granat kwasowy, który poważnie osłabił całą grupę. Nieludzie rozsypali się na wszystkie strony, strzelając z prymitywnych kusz. Chwilę później weszli w zwarcie. Bohaterowie radzili sobie bardzo dobrze – otrzymali ledwie draśnięcia albo lekkie rany, podczas gdy prymitywy padały jeden po drugim. Groźniejszy okazał się najmniejszy z nich – skoczył na Eversona, przewrócił go i od razu przebił nadżarte przez rdzę i kwas poszycie. Obaj spadli niżej, na częściowo zalany, pogrążony w mroku poziom. Kiedy chwilę później na końcu sali pojawił się gargantuiczny skorpion o metalicznej skorupie, wszyscy dołączyli do Eversona. Udało się uciec w ostatniej chwili – bestia była kilka metrów od windy, kiedy zamknęły się drzwi, a kabina ruszyła do góry.
Ładownia-maszynownia
W końcu, udało się dotrzeć do Sezamu! No dobrze, do ruin Sezamu, ale to i tak było lepsze, niż puste korytarze i olbrzymie przestrzenie wypakowane hibernatusami. Masa sprzętu po prostu rozpadła się z upływem czasu. Baterie się rozładowały, niektóre elementy pogniły, powypaczały się i pordzewiały. Statek nie był jednak projektowany na użytkowanie przez dwadzieścia lat – prędzej kilkaset. Bohaterom udało się w końcu wyciągnąć nieco działającego sprzętu – między innymi obręcz chroniącą przed telepatią, gogle hipnotyzujące przesłuchiwane istoty oraz nieco enigmatów bojowych – granatów nanoidowych. Everson znalazł piękną, lśniącą cybertechniczną rękę. Jeszcze w celofanie. Męczył się z nią przez godzinę, ale w końcu udało się odczepić starą i zamocować tę. No i jest żal, bo teraz był niesymetryczny, w dodatku ramię kryło niespodziankę – system autodestrukcji. Podłamany chodził po całym magazynie w poszukiwaniu drugiej sztuki i… udało się mu odnaleźć taki sam model, ale z zestawem multinarzędzi.
Ash z Jarosem zasiedli do konsoli. Zalogowanie się na konto serwisowe nie stanowiło problemu. Gorzej z przejrzeniem danych – multum katalogów, szyfrowanie, konieczność zdalnego łączenia się z innymi terminalami, archiwizowanymi bazami danych. Ostatecznie udało się wyciągnąć sporo kluczowych informacji. Nie wszystko, ale dość by grupa miała możliwość ruszenia w dalszą drogę, do kajuty kapitana.
Wygląda na to, że doszło wewnątrz do sabotażu. Sekcje niedostępne, z uszkodzeniami lub całkowicie odparowane w schemacie układają się w bąbel mniej więcej w środku statku. Grupa, z sugestią Jarosa, doszła do zdania, że doszło tam do sabotażu od wewnątrz. Być może statek był atakowany, być może nie, w każdym wypadku doszło do awaryjnego wyjścia z nadprzestrzeni (okręt miał napęd FTL). Odłączyły się dwa promy, wystrzelono kilkanaście kapsuł.
Łowca niewolników
Droga powrotna była męcząca, ale zdecydowanie łatwiejsza. Grupa wiedziała, których poziomów unikać, gdzie może spodziewać się nieprzyjemnych niespodzianek. Już na pierwszy rzut oka było widać, że ten poziom był kompletnie splądrowany – ocalałe sprzęty leżały porozrzucane, wręcz celowo porozbijane. Apartament kapitana, utrzymany w klasycznym stylu, ze skórzanymi meblami, prawdziwym drewnem, złoceniami i innymi zdobieniami kutymi ręcznie przez rzemieślnika, wyglądał jak po przejściu cyklonu. Ashowi wydawało się, że wyczuwa tu jednak źródło energii – działającą numenerę. Faktycznie, pod blatem biurka był ukryty mikroterminal. Na bazie lektury wpisów i raportów bohaterowie zdobyli ogrom informacji na temat statku i swojej przeszłości:
- Starek nosił nazwę „Łowca niewolników”. Jednostka cieszyła się złą sławą. Miała transportować skazańców albo kolonistów między Ziemią i innymi światami. W swoim ostatnim rejsie transportowała kilkadziesiąt tysięcy przestępców z wyczyszczoną pamięcią oraz tajemniczego „Obcego” na planetę po drugiej stronie Galaktyki.
- Wśród załogi znajdowali się prawdziwi indywidualiści – brakowało dossier ludzi kierujących Slaverem, ale ze zgromadzonych danych wynikało, że byli werbowani ze względu na swoje nienaturalne zdolności oraz niezwykłe talenty.
- Statek posiadał bardzo rozbudowane systemy ochrony. Na pokładzie generalnie nie było dużo broni (zwłaszcza ciężkiej), ale funkcjonowały automaty – wielkie maszyny kroczące, wyposażone w masę broni do eliminowania personelu ludzkiego. Machiny te reagowały jedynie na intruzów – istoty, które nie posiadały bransoletki identyfikującej.
- Na pokładzie panował paskudny nastrój. Kapitan miał informatorów, według których załodze nie podobało się „przekazanie tysięcy ludzi jakiemuś cholernemu obcemu”. Istniało ryzyko sabotażu – i zmaterializowało się eksplozją bomby, wkrótce po opuszczeniu normalnej przestrzeni. Okręt rzuciło w czasie o tysiące lat. Osiadł ostatecznie w Dziewiątym Świecie, na pięćset lat przed przebudzeniem bohaterów.
Mając w perspektywie dalszą wędrówkę i kolejne starcia, grupa nie zdecydowała się ruszyć natychmiast. Przygotowali sobie posłania i zasnęli w apartamencie kapitana. Noc nie przyniosła zagrożeń, ale była niespokojna. Echo przemieszczających się automatów, potworów w rodzaju metalicznego skorpiona oraz innych „gości” wywoływały i podtrzymywały niepokój.
Wyrównanie rachunków
Droga powrotna poza wrak przeciągała się z woli bohaterów. Zdecydowali się sprawdzić uzyskane informacje, zajrzeć do sekcji z „Obcym” oraz medycznej, z maszyną do czyszczenia pamięci. Ta pierwsza była niemal doszczętnie zniszczona. Pomieszczenia – które nota bene wyglądały identycznie, jak reszta statku (przystosowane dla ludzi, nie dla istot o innym, niehumanoidalnym kształcie) – były zmiażdżone, wprasowane w skałę. Po maszynie zaś nie było śladu – ewidentnie zabrano ją do Czarnej Skały.
Kiedy grupa przygotowywała się do wyjścia, Jaros usłyszał komunikat Sherry o pojeździe z Ordo na pokładzie, który podchodził do lądowania gdzieś w głębi Bruzdy. Według schematów powinien przechodzić przez sekcję, w której aktualnie przebywali bohaterowie. Grupa zdecydowała się na zastawienie pułapki. Ryzyko było spore, ale korzyść (nie tylko z uzyskania informacji, ale przede wszystkim pojmania wroga) zdecydowanie większa. Ash pobiegł w głąb statku po pomoc robota ochrony, reszta zaś rozlokowała się na prawdopodobnej trasie ekipy ze Skały.
Walka była masakrą. Tuzin ludzi Ordo wręcz wyparował pod ostrzałem maszyny ochrony i bohaterów. Ci rzucali granatami, strzelali z karabinów, znalezionych w maszynowni pistoletów strzałkowych, potem zaś kroili na sztuki bronią białą. Ordo okazał się jednak prawdziwym twardzielem. Ściągnął moc z najbliższych maszyn (rozładowując w ten sposób kilka enigmatów postaci). Metaliczne ścieżki na jego skórze zapłonęły fioletowym ogniem. Moc była potrzebna do uzyskania władzy nad metalem – miotał fragmentami poszycia, ciskał kapsułami (w jednej z nich zatrzasnął Asha), odchylał pociski i ostrza. Jarosa owinął grubymi, metalowymi pasami, jednak zanim zdążył go zmiażdżyć, został zaatakowany przez płonącego Asha, który cudem uwolnił się z komory. Wzleciał na kawałku kratownicy w górę, próbując zlikwidować zagrożenie, ale to był ostatni podryg – Vonna trafiła go z pistoletu strzałkowego. Igła eksplodowała w oku, rozrywając ćwierć głowy.
Ranni bohaterowie padli na ziemię. Przez kwadrans nikt się nie ruszał – poza Eversonem, który uwolnił Jarosa i Thamą cucącą Asha. Kiedy wyczerpanie minęło, zaczęli zbierać sprzęt. Zabrali datapad Ordo – sprytną numenerę, w której miał zmapowane wszystkie ciała zgromadzone na statku. Pozbierali broń i amunicję, kilka enigmatów oraz nieco innego sprzętu, po czym ruszyli w stronę wyjścia.
Datapad Ordo zawierał masę ciekawych informacji, które uzupełniły obraz zdarzeń, jakie się tu rozegrały w przeszłości:
- Na statku znajdowała się eksperymentalna maszyna służąca do monitoringu i czyszczenia wspomnień – z rejestru i dziennika można było wywnioskować, że zainstalowaną ją nie tylko dla skazańców, ale również części załogi. Analizując informacje bohaterowie doszli do wniosku, że oni byli w tej części, która miała zostać poddana praniu mózgu i „sprzedana” Obcemu. W rejestrach pasażerów imiona i nazwiska bohaterów zgadzały się z tymi, które „pamiętali”.
- Celem misji była odległa, niezaludniona przez istoty inteligentne planeta. Slaver miał pozostać na orbicie, na Ziemię zaś wrócić jedynie promy z częścią załogi. Wyglądało na to, że ludzie, statek i transport był zapłatą.
- Statek nie upadł z orbity, a „zmaterializował” się bezpośrednio w miejscu, gdzie obecnie znajdowała się Bruzda. Rozepchnął ziemię i skały, częściowo ulegając zniszczeniu. Obcy, czymkolwiek był, przetrwał jedynie w kilku egzemplarzach – prawdopodobnie Rada Czarnej Skały to ostatni członkowie wymierającej, pasożytniczej rasy.
- Baza danych zawierała informacje o trajektorii promów i kapsuł, które „wystrzeliły” po eksplozji bomby. Wygląda na to, że one również trafiły na Ziemię (niekoniecznie w tych samych czasach, ale zdecydowanie w obrębie kilku wieków od punktu, w którym zmaterializował się sam Slaver). Ash wyciągnął informację na temat najbliższego wahadłowca – miał osiąść około tysiąca mil na północ od Czarnej Skały.
Pożegnanie Czarnej Skały
Bohaterowie razem z Jarosem i Sherry zapakowali się do pojazdu powietrznego, którym do Bruzdy przyleciał Ordo. Dokładne badanie pozwoliło nie tylko nauczyć się podstaw pilotażu, ale również określić zasięg maszyny – mogła przelecieć około ośmiuset mil. Po dyskusji postacie ustaliły, że nie ma sensu pakować się bezpośrednio do wahadłowca. Ekipa nie wiedziała nic na temat Dziewiątego Świata. Nie miała wiedzy ani zasobów by ruszyć w dalszą wyprawę – zwłaszcza, że nic nie wskazywało na to, iż w wahadłowcu poznają sekrety swojej przeszłości albo sposób na powrót do domu.
Ostatecznie stanęło na przelocie do najbliższego miasta i spotkaniu z Kapłanem Eonów – wpływowym członkiem Zakonu Prawdy, jednej z potężniejszych organizacji działających w Ostoi. Człowiek ten zlecał już Jarosowi różne zadania i zawsze była to uczciwa praca. Tam ekipa miała podjąć decyzję co dalej. Bohaterowie pożegnali się z załogą mechanicznego żółwia i ruszyli w drogę do metropolii, żegnając – jak się wydawało – Czarną Skałę na zawsze.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz