poniedziałek, 13 marca 2017

S01E04- Ximare

Bohaterowie zdecydowali się skorzystać z propozycji pracy dla znajomego Jarosa. Tigon, bo tak się ten potencjalny pracodawca nazywał, miał być doświadczonym kapłanem eonów. Miał dość kontaktów, sprzętu i wiedzy by zaoferować coś wartościowego za usługi postaci. Trzeba było się tylko do niego dostać - mieszkał w najbliższym, większym mieście: Ximare-Namahorn.
Miasto zbudowane było wewnątrz płytkiego krateru po uderzeniu jakiegoś gargantuicznego meteoru. Metropolia to w zasadzie dwa miasta. Pierwsze to zabudowania na powierzchni, drugie to unosząca się sto metrów nad ziemią platforma. Dostać się na nią można jedynie opłacając członka Gildii Przewoźników - w Namahor mieszkają bogacze, tutejsza śmietanka.
Ekipa wylądowała w bezpiecznym miejscu, po czym rozeszła się po Ximare. Jaros skierował grupę do jednej z knajp. On sam z Sherry miał spotkać się z Tigonem i umówić spotkanie na następny dzień.


Wódeczka



Knajpa, do której skierował bohaterów Jaros była klasyczną, lokalną mordownią pełną cwaniaczków liczących na okazję do bitki. Wystarczył kwadrans. Jeden z zakapiorów wstał od swojego stolika, podszedł do bohaterów i pewnym siebie głosem oznajmił, że nowi mają postawić wszystkim kolejkę. Po tym, jak Everson go zgasił, ment napluł mu w talerz. Nie było szansy na uniknięcie bójki.
Latały stołki, kufle i ławy. Wybijano zęby, łamano nosy. Bohaterowie zbierali, ale znacznie gorzej wyglądali ich przeciwnicy. Kiedy bójka przesunęła się w stronę ciemnoskórej laski siedzącej na bolu, ta, wkurwiona, odrzuciła stolik i zaczęła lać miejscowych z równą skutecznością, jak reszta postaci. Przedstawiła się jako Razos.
Razos wyglądała… dziwnie, co najmniej tak samo dziwnie, jak bohaterowie. Miała dopasowany kostium, sporo numenery i dwa energetyczne ostrza. I sporo śliwowicy. Everson, Thama i Vonna zajęły się rozpijaniem, podczas gdy Ash rozejrzał się po okolicy. Udało mu się wyszperać jakiś cenny kawałek numenery - niestety, uszkodzony.


Bohaterom nie było dane wytrzeźwieć. Wieczorem wparowała do nich Razos, w cywilnym stroju, zapraszając na imprezę. Okazało się, że Ximare jest miejscem, gdzie każda okazja do chlania jest dobra. Troje postaci poszło z nią - Ash został by pogrzebać w zdobytym sprzęcie. Impreza trwała do rana. Te kilka godzin wystarczyło by nano doprowadził artefakt do użyteczności - z wykorzystaniem baterii ze starego ramienia Eversona.
Skończyło się niezłą rozróbą. Everson przyprowadził dwie panienki. Ash nie był zachwycony zabawą z dwoma upitymi “pięć na dziesięć”, więc wyniósł się do pokoju dziewczyn. Lokalne laski, początkowo zawiedzione widokiem lateksowej protezy, szybko przekonały się, że to nie ułomny zamiennik, ale podrasowana wersja. Vonna z Thamą siedziały z uszami przyklejonymi do ściany. W krytycznym momencie “młot” stracił zasilanie! Można było zastąpić baterię tą ze starej ręki. Tą, której już nie było…
Półprzytomny Everson domyślił się, że odpowiedzialny za to Ash. Przebił się przez ścianę i - goły jak go stworzono - wparował do pokoju reszty ekipy. Ash wypowiedział tajemne słowo i go zdezaktywował. Wystraszone laski uciekły. Właściciel zażądał kasy i zaproponował, żeby ekipa tu nie nocowała. Skończyło się wymalowaniem całej gęby Eversona i ciężkim porankiem przy wiadrze kawy. Jaros i Sherry udawali, że nie widzą rozmazanych rysunków na gębie Eversona.


Spotkanie z Tigonem


Tigon okazał się być dość dziwny jak na standard człowieka. Był to blady mężczyzna o syntetycznej skórze i twarzy pozbawionej szczególnych cech. Nie miał mimiki, choć głos zdradzał emocje. Miał ciemno fioletowe, metaliczne włosy związane w dziesiątki warkoczyków. Ubierał się w czerń i biel. Na skroni zaś nosił złotą obręcz z dziwnymi symbolami przypominającymi pismo. Obręcz nie leżała na jego skórze, unosiła się centymetr od niej.
Tigon był właścicielem sporego kompleksu znajdującego się pod ziemią - na zewnątrz wystawał jedynie niewielki bunkier, położony w pewnej odległości od innych zabudowań. Wraz z trójką pomocników starał się wypełniać misję, z jaką wysłał go tu kościół - nie było to łatwe, biorąc pod uwagę nawał pracy i niewiele rąk do pomocy. Bohaterom zaoferował prostą pracę z dużym ryzykiem.
Od niejakiego Ovika kupił potężny artefakt - Bursztynową Obręcz. Jest to zaawansowana numenera i potężne źródło zasilania. Chce wykorzystać w ważnym eksperymencie. Ponieważ badania są w toku, nie może sam pojechać po sprzęt. Problem polegałna tym, że licytował się o Obręcz z niejaką Zavryx. Podejrzewał, że ona lub jej pomagierka - Razos - będą w okolicy. Po tym, jak bohaterowie potwierdzili obecność tej ostatniej, Tigon pokiwał głową mówiąc, że potrzebuje zarówno umiejętności Eversona (chce upewnić się, że Obręcz nie będzie jakąś ściemą), jak również czujnych oczu Thamy, umiejętności walki Eversona i zwiadowczych talentów Vonny. W zamian zaoferował nieco shinów i kilka enigmatów. Dał sobie wyciągnąć w targach nieco więcej.
Bohaterowie ruszyli następnego ranka z trójką pomocników Tigona. Jechali na lewitującym wozie, na który zamontowano metalowy sarkofag, mający ochronić postacie przed szkodliwym promieniowaniem Obręczy. Cel - Wieża Ovika - znajdował się dwa dni podróży na zachód.


Wieża Ovika



Wieża Ovika okazała się być prawdziwą fortecą. Gruby, betonowy mur z metalowym ożebrowaniem zwieńczony był obręczami z paskudnie wyglądającym drutem kolczastym. Stalowa brama zgrzytnęła przeraźliwie, otwierając się jedynie na tyle, by bohaterowie mogli wjechać do środka. Sam wieża była bez wątpienia starożytnym konstruktem - wysoka, o gładkiej, metalicznie lśniącej powierzchni, z metalową platformą na szczycie. Bursztynowa Obręcz znajdowała się na poziomie zero - otwartym warsztacie, w którym pracował pół tuzina fachowców.
Jeden z pomagierów Ovika wskazał miejsce, gdzie bohaterowie mogli pozostawić wierzchowce, po czym zawołał swojego szefa. Widać było na pierwszy rzut oka, że to nano - masa powszczepianego i noszonego sprzętu, chciwe spojrzenie na numenerę noszoną przez bohaterów… Ovik musiał być nie tylko handlarzem, ale też badaczem. Przywitał się z bohaterami, po czym od razu zaprowadził ich do zamkniętej w ochronnym sarkofagu obręczy. Kiedy Ash rozpoczął badanie artefaktu, Vonna z Eversonem dostrzegli inne konie, stojące nieopodal. Wyglądało na to, że ludzie Zavryx byli tu już wcześniej.
Ash oczył oczywiste fałszerstwo. Sytuacja zaczęła się robić nerwowa. Ovik nie przyznał się otwarcie do oszustwa, potem próbował - kiepsko - ściemniać, że to w zasadzie nie była jego wina. Ostatecznie przekazał ekipie prawdziwą Obręcz.
W tym momencie przy wejściu pojawiła się Razos.
Próbowała przekonać bohaterów, by porzucili Tigona i przyjęli ofertę jej szefowej. Tłumaczyła, przekonywała, próbowała wręcz błagać, tłumacząc się zżerającą ją chorobą. Po bohaterach to dosłownie spłynęło. Razos wzruszyła ramionami i wyjechała ze swoimi ludźmi z Wieży. Przed samym wyjazdem próbowali otruć wodę wierzchowców, ale bohaterowie zauważyli to w porę i powstrzymali konie przed zatruciem.


W drodze do Ximare



Podróż do domu była bardzo nerwowa. Bohaterowie musieli zachować nieustanną czujność. Mieli świadomość, że tamci są w okolicy, ale czekają na dogodną okazję do ataku. Podwójne warty, ciągła obserwacja, ręce na kaburach i rękojeściach broni… Szczęście, że miasto było niezbyt daleko.
Nocą do obozu podjechała - teoretycznie bez złych zamiarów - Razos. Ostrzegła postacie, że reszta najemników spętała potężnego, latającego automatona i wykorzystają go do ataku. Sama ponoć zrezygnowała z walki - przekonała się, że nie warto mordować niewinnych ludzi by ratować swoje życie. Tak przynajmniej mówiła.
Ekipa zrobiła szybką burzę mózgów. Zdecydowali, że spróbują wydostać się z okolicy, ukryć w bezpiecznym miejscu i dostać do Ximare bez konfrontacji. O dziwo udało im się to bez problemów. Zmęczeni, niewyspani, ale nawet nie draśnięci, dotarli do Ximare z Obręczą na pace lewitującego wozu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz