wtorek, 28 marca 2017

S01E06 - Kryjówka fanatyków

Wkrótce po tym, jak bohaterowie opuścili enklawę nomadów dostrzegli na swojej trasie zakapturzoną postać. Był to czerwonoskóry lekarz, którego poznali poprzedniego wieczoru. Obcy przedstawił się jako Teryx - poprosił ekipę o możliwość podróżowania z nią do Nowego Ximare. Szansa, że zostanie wpuszczony do środka wraz z bohaterami była zdecydowanie większa - tamtejsi ludzie mieli do czynienia z jego ludem i nie były to zwykle przyjazne kontakty. Postacie mogłyby poświadczyć, że jest normalnym gościem, a nie fanatykiem religijnym, jak ci, którzy próbowali odbić swoje starożytne terytorium. Rasa, do której należał (cerini) wyszła już poza etap wojen religijnych, ale pewna, niewielka frakcja wciąż walczyła “o wiarę”. Miejsce, gdzie założono Nowe Ximare było rzekomo miejscem narodzin rasy i rodzinną wioską Proroka, który wyciągnął ich z otchłani barbarzyństwa. Teryx sądził jednak, że chodzi o miejsce, gdzie wylądował statek kolonialny - według badań archeologicznych jego rasa przybyła z gwiazd, ale osadnicy nie poradzili sobie z problemami na Otrei (Otrea to nazwa tej planety) i upadli.

Nowe Ximare


Miasto było widoczne już z daleka. Na pierwszy rzut oka było widać, że opowieści o statku kosmicznym - czy też innych, technologicznych cudeniek niedostępnych nomadom - są pewne. Nowe Ximare zostało zbudowane na skalistej powierzchni, wyniesionej ponad poziom gruntu o dobre dwadzieścia metrów. Do miasta prowadziła wąska ścieżka - w sam raz na dwa wozy. Na skale zbudowano właściwe miasto - z zewnątrz widać było jedynie Kopułę - lśniącą, szklaną konstrukcję z trójkątnych, szklanych płyt połączonych kompozytowym szkieletem - oraz kilka najwyższych budynków. Nowe Ximare otaczał betonowy mur, nad którym widoczne były metalowe wieżyczki. Przed bramą stało czterech wielkoludów z giantycznymi halabardami opartymi o mur.
Strażnicy wydawali się wręcz spać, ale kiedy w ich pole widzenia wszedł Teryx, sięgnęły po broń i skierowali ku niemu. Ten, rozglądając się na lewo i prawo, zdołał wydukać tylko kilka słów, prosząc bohaterów by przekonali tamtych, że jest z nimi i nie ma złych zamiarów. Skończyło się na rewizji dokonanej z pomocą skanera - Teryx został prawie że rozebrany do naga. Bohaterów ledwie przeskanowano - gwardziści nie wydawali się być zaalarmowane posiadanym sprzętem. Choć od Asha i Eversona zażądali podatku.

Wewnątrz miasta


Wysokie kamienice z płaskimi dachami. Balkony osłonięte cieniem dzięki kolorowym markizom. Wąskie uliczki, przez które mogą przecisnąć się dwie, może trzy osoby. Jedynie centralna aleja była dość szeroka by można było przejechać po niej jakimś wozem. Ludzi nie było zbyt wielu - jedynie szacowne matrony w kolorowych sukniach, z chustami na głowach przyglądały się bohaterom i ich towarzyszowi. Nikt nie poruszał się pieszo. Ludzie byli prowadzeni w palankinach noszonych przez cztery sześcionożne, futrzaste bestie o małpich mordach.
Wędrując tymi ciasnymi alejkami bohaterowie słuchali wynurzeń obcego, który widząc ich zdziwienie, postanowił pomóc im przekazując kluczowe informacje o Nowym Ximare:
Miastem rządzi królewska para - to ludzie, prawdopodobnie, otoczeni zaawansowaną technologią. Żyją w przepychu, bezpiezni, z dala od społeczeństwa.
W centrum miasta jest ich pałac. Wchodzą tam jedynie członkowie rodziny królewskiej oraz pracownicy jednej z gildii, władających poszczególnymi sektorami miasta. Gildii jest sześć - miasto to siedem heksagonów, z centralnym przeznaczonym dla władców.
W mieście panuje spokój, ale mimo to utrzymuje nie tylko liczną armię, ale również gwardię, która regularnie patroluje ulice.
Jeśli bohaterowie chcą skontaktować się z kimś ważnym albo kimkolwiek zdolnym udzielić im pomocy, powinni spotkać się z kimś z gildii Taigen - to między innymi brokerzy informacji oraz zaopatrzeniowcy. Aktualnie przebywają w sektorze tej gildii.

Chwilę zajęło zanim bohaterowie zorientowali się, czego brakowało w Nowym Ximare. Pyłu. Powietrze było czyste. Ulice z dopasowanych, sześciokątnych płyt zachowywały barwę kości słoniowej. Nikt nie nosił maski na twarzy. Spojrzeli na swoje zapylone ubrania, obejrzeli pokryte rdzawym kolorem twarze. Poczuli się brudni.
Teryx poszukiwał domu nieopodal bramy - pożegnał się z bohaterami wskazując na wyróżniające się na tle innych, ciemnoczerwone drzwi. “Jeśli będziecie chcieli spotkać się w jakiejś sprawie, potrzebować pomocy albo informacji, powinienem być tutaj cały czas” - powiedział, po czym zniknął w środku.

Urząd pracy


Bohaterowie skierowali się, zgodnie z sugestią Teryxa, do siedziby gildii Taigen. Nietrudno było ją odnaleźć - wysoki, srebrny budynek widoczny był z każdego miejsca dzielnicy. Budowla znajdowała się na dużym, niemal pustym placu. Przed szerokimi wrogami stało czworo odzianych w matowe, pomarańczowe pancerze wykonane z synthu gwardzistów. Byli to ludzie, ale mocno odmienieni - tak samo, jak ci przed bramą miasta, mierzyli po dwa i pół metra. Zaczęły się schody.
Wyglądało to trochę jak gra w ciuciubabkę. Bohaterowie odbijali się od jednego mieszkańca miasta do drugiego – sklepikarz odesłał ich do kuzyna albo do gildii, gildia kazała przyjść następnego dnia, urzędnik wezwał swojego szefa (nota bene ojca albo stryja)… Ostatecznie sprawa zakończyła się sukcesem, ale okupionym dużą ilością straconego czasu.
Choć nie do końca.
W nocy Vonna, paląc fajkę na balkonie swojego pokoju, zauważyła dwa „dziwactwa”. Najpierw ujrzała na Księżycu zielony pas – szacunkowo musiał mieć grube dziesiątki kilometrów długości (eksperyment z terraformingiem? starożytna zabudowa? zamknięte miasto? kopalnia odkrywkowa?). Potem ujrzała gigantyczny statek kosmiczny, który wydostał się z kopuły kryjącej pałac królewski, a potem, odlatując znad miasta, zniknął. Pojawił się z powrotem godzinę później – wylądował w miejscu, z którego rozpoczął podróż.
Sprawy w gildii wyglądały mniej ciekawie. Everson sprzedał swój ciężko zdobyty miotacz błyskawic, wymieniając go na nieco waluty i informacji. Spotkanie z członkami gildii zaowocowało zdobyciem kilku informacji na temat tego kto rządzi miastem („Para królewska jest odklejona od rzeczywistości, sądzą, że są kimś więcej, niż ludźmi”), odkryciem, że królem jest zagubiony przed laty mąż Zavryx oraz przyjęciem zlecenia na eksplorację kolonii starożytnych cerini. Feyn, człowiek z którym ekipa rozmawiała, stwierdził, że bardzo chętnie zobaczyliby co kryje się pod miastem robali (Taigen podejrzewali, że jest tam pierwsze miasto kolonistów), ale skoro to nie mogło mieć racji bytu, pozostało eksplorowanie innych ruin. W zamian za wykonanie misji bohaterowie mieli otrzymać tyle numenery, ile zdołają stamtąd wyciągnąć oraz nieco sprzętu przydatnego podczas wędrówki na pustyni.
Ekipa nie traciła czasu. Zostawili Tigona (zdaniem lekarza gildii potraktowanego jakimś ostrym, wolno rozkładającym się środkiem uspokajającym) z jego dolą, a sami zabrali sprzęt i poszli w stronę wskazaną przez Feyna. Marsz był zdecydowanie łatwiejszy w strojach otrzymanych od Taigen, podróż nie była jednak znacznie bezpieczniejsza. Tylko cudem (tzn. dzięki czujności Vonny) bohaterowie uniknęli starcia z dziewięcioma dwumetrowymi robalami – dzikimi, prymitywnymi robotnikami z monstrualnych kopców. Nomada, nad którego ciałem ucztowały miał zdecydowanie mniej szczęścia.

Kolonia


Już na pierwszy rzut oka było widać, że to miejsce od dawna jest niezamieszkałe. Tunel wydrążony w kamieniu bez wątpienia był dziełem rąk inteligentnych istot, ale brakowało tam jakichkolwiek wytworów technologii – czegokolwiek z synthu, metalu czy kompozytów. Część kompleksu zapadła się – korytarz prowadził pod kątem w dół, ale widać było, że to nie celowa pochylnia, a wynik zapadnięcia się części kolonii. Po kilkudziesięciu metrach poziom mniej więcej się wyrównał. Pojawiły się odnogi – i odnogi do odnóg, całość tworząca przedziwną mozaikę korytarzy i pomieszczeń. Mieszkańcy tego kompleksu musieli mieć fioła na punkcie potęgi dwójki, bo pobudowali sobie podziemne „mieszkania” grupując je po osiem, gdzie osiem takich sekcji łączyło się z tą samą, szerszą gałęzią tworząc „dzielnicę” na sześćdziesiąt cztery „apartamenty”. Wszystko był ogołocone do zera. Brakowało wszelkiej instalacji, jakichkolwiek sprzętów. Było za to sporo pyłu, nierówne ściany i pęknięcia sugerowały, że to miejsce musiało powstać przed setkami lat… i równie długo być niezamieszkałe. Ash zwrócił dodatkowo uwagę na niski strop – pomieszczenia miały nieco ponad dwa metry wysokości, zdecydowanie zbyt nisko do komfortu ludzkiej istoty.
Bohaterowie badali powoli teren, zbliżając się do centralnej sali kompleksu – olbrzymiego, stumetrowego pomieszczenia, z którego odchodziła sieć korytarzy prowadzących do pomieszczeń mieszkalnych (kolejnych „dzielnic” i „sekcji”). Nagle Thama usłyszała kroki – odepchnęła towarzyszy na bok, w skryty w mroku tunel. Udało się w ostatniej chwili – po kilkunastu sekundach korytarzem przeszedł patrol zakutych w pancerze, czerwonoskórych obcych. Nie przypominali w niczym Teryxa – byli więksi, mocno umięśnieni, mieli przy sobie jakąś zaawansowaną technologicznie broń. Grupa skryła się w jednym z pomieszczeń by naradzić się odnośnie dalszych kroków. Zdecydowali się wycofać – ewidentnie kompleks był siedzibą buntowników albo fanatyków, żadnym skarbcem numenery. Kiedy zbliżali się do głównego tunelu, usłyszeli głos Teryxa i jakiegoś człowieka. Zobaczyli swojego niedawnego towarzysza – szedł pomiędzy strażnikami, rozmawiając z zakapturzonym, wysokim mężczyzną. Niestety, tamci usłyszeli bohaterów. Gdy tylko Teryx zobaczył kto kryje się w mroku, wrzasnął rozkazując żołnierzom zaatakować.
Strzelanina nie poszła zbyt dobrze dla cerini. Ash zamknął w polu stazy najpierw dowódcę obcych, a potem jednego ze strażników. W tym czasie Vonna, Thama i Everson wyeliminowali dwóch kolejnych. Człowiek towarzyszący Teryxowi puścił się pędem ku wyjściu gdy tylko padł pierwszy strzał. Próbowała go ścigać Thama, ale padła przygnieciona cielskiem ostatniego z gwardzistów. Ash cisnął nim telekinetycznie, po czym cała grupa puściła się pędem ku wyjściu, poganiana przez krzyki cerini, którzy przebywali w wielkiej sali kompleksu. Ucieczka niestety udała się wszystkim – w tym człowiekowi współpracującemu z obcymi, który zniknął zaraz za wyjściem z tunelu. Thama była o krok za nim, ale nie zaryzykowała tropienia niewidzialnego – nie musiałby się mocno starać by ją wyeliminować.

Rajd do Nowego Ximare


Ash stwierdził, że nie ma czasu do stracenia. Przed walką bohaterowie usłyszeli coś o „przemyceniu całego urządzenia” – ryzyko, że cerini przeprowadzą zamach było zbyt wielkie. Dodatkowo próba ostrzeżenia pary królewskiej dała okazję do natychmiastowej audiencji. Po piekielnym rajdzie po pustyni, o świcie stanęli przed bramami miasta. Rośli gwardziści nie stroili sobie tym razem żartów – na wieść o problemach z cerini jeden z nich rozkazał bohaterom by biegli za nim. Skierowali się do centralnego sektora Nowego Ximare, pod kopułę.

środa, 15 marca 2017

S01E05 - Bitwa o Bursztynową Obręcz

Bohaterowie dostarczyli Bursztynową Obręcz do laboratorium Tigona. Ten poprosił ich by pozostali na czas montażu – kiedy zamocuje ją w budowanym przez siebie artefakcie i uruchomi urządzenie, jego przeciwniczka nie będzie już w stanie nic zrobić. Wcześniej, niestety, jest możliwy atak. Jeden z pomocników kapłana (Paramon) wrócił z zakupów mówiąc, że widział czwórkę najemników w północnej części miasta - tych samych, którzy byli z Razos pod Wieżą. Wchodzili do domu Arxosa, szefa straży miejskiej. Prawdopodobnie bohaterowie nie mogą liczyć na pomoc stróżów prawa tej nocy.


Atak



Bohaterowie spodziewali się najgorszego, dlatego starali się przygotować na wszelką ewentualność. Dwie osoby ciągle pilnowały budynku z dachu bunkra, dwie odpoczywały na dole albo patrolowały kompleks. Ash założył prosty system alarmowy, Everson poblokował grodzie prowadzące do nieużywanych pomieszczeń. Wydawało się, że ekipa dobrze przygotowała się do ewentualnego szturmu.
Ale szturmu nie było.
Thamę ze snu wybudził dziwny dźwięk chrobotania - jakby coś ocierało się o metalową powierzchnię. Wystarszona Thama poszła do pokoju Eversona - razem (po zapakowaniu się tego drugiego w pancerz) ruszyli zweryfikować co jest źródłem hałasu. W pewnym momencie w kompleksie zgasło światło. Chwilę później z pokoju jednego z pomocników dał się słyszeć potworny krzyk.
Okazało się, że pierwsza fala ataku to krasty - niewielkie automatony wysłane w celu zdjęcia zabezpieczeń, wymordowania śpiących i poranienia reszty. Everson z Thamą poradzili sobie z pewnymi problemami z sześcioma krastami. W między czasie zaalarmowani Ash i Vonna ruszyli biegiem na dół. Ta druga odniosła poważne rany z trzema automatami, które spadły na nią po wbiegnięciu do kompleksu. Ash został z tyłu - kiedy blokował gródź dostrzegł, że górne wrota powoli się otwierają…
Bohaterowie zebrali się razem i, przy świetle nano, ruszyli do części kompleksu, w której Tigon prowadził swoje badania. Na szczęście naukowcowi nic się nie stało. Finalizował prace - montował ostatnie linie zasilania Obręczy i kalibrował artefakt.


Walka pod portalem



Ktoś (jak się później okaże - przekupiona pomocniczka Tigona) rozbezpieczył kompletnie cały kompleks. Nie było szansy na zablokowanie szerokiej grodzi prowadzącej do wyższej części siedziby kapłana. Bohaterowie przygotowywali się tak, jak mogli - budując barykadę, ukrywając się za jakąś osłoną. Najemnicy mieli jednak coś, co było w stanie poradzić sobie ze wszystkimi na raz - wyrzutnię rakiet, która rozrzuciła wszystkich po pomieszczeniu, ogłuszając na chwilę potrzebną do przebiegnięcia korytarza.
Walka była zacięta. Napastnicy byli bardzo dobrze wyszkoleni i wyposażeni. Trzech miało elektropałki, czwarty artefakt walący kulami elektryczności. Oberwał Ash, potem Obręcz - i nagle urządzenie odmówiło posłuszeństwa. Zaczęło otwierać portal prowadzący do innej rzeczywistości. W tym czasie Vonna przeszła w niematerialną postać i ukryła. Najemnicy byli w gorszej sytuacji. Kiedy wyposażony w elektryczną wyrzutnię został ciężko raniony, wrzeszcząc odpalił pełen ładunek w Obręcz. Natychmiast otworzył się wir, który zaczął wciągać bohaterów, Tigona i najemników. Ash cudem zdołał przeprogramować Obręcz - ustabilizował portal. Zabezpieczył cały kompleks, zabrał potrzebny ekwipunek, po czym ruszył przez bramę.


Pobudka



Kiedy Ash przekroczył - jak się obawiał jednokierunkowy portal - dostrzegł najemnika z elektromiotaczem, który chwiejąc się na nogach próbował wycelować w nieprzytomnych bohaterów. Kula ognia ekspresowo go dobiła. Szybkie badanie pozwoliło stwierdzić, że nie ma połączenia z datasferą. Na podłodze leżał też nieprzytomny Tigon i bohaterowie - ci byli w nieco lepszym stanie, po chwili zaczęli dochodzić do siebie. Nano przeszukał ekspresowo pokonanych - poza maskami, garścią shinów i bronią nie mieli przy sobie nic ciekawego. Pomieszczenie, w którym wylądowali miało identyczne wymiary, jak “maszynownia” Tigona. Było jednak pozbawione wszelkich sprzętów. Śmierdziało elektrostatyką i stęchlizną.
Po chwili portal zgasł.
Tigon był dość poważnie ranny. Miał złamane ramię (Ashowi udało się je nastawić), był poparzony, osłabiony i w szoku. Dał radę iść, ale widać było na pierwszy rzut oka, że będzie wszystkich opóźniał. Z pomieszczenia można było wyjść tylko jedną drogą - schodami do góry. Tu również było widać ślady najemnika. Kiedy bohaterowie zbliżyli się do powierzchni, usłyszeli głośne „Nie, nieee! Zostawcie mnie, błagam. Nieee!”. Podglądając dostrzegli, jak trzy okryte chitynowym pancerzem, mierzące trzy metry długości insekty o humanoidalnych torsach w miejscu głów i dwóch parach chwytnych odnóży trzymały szamoczącego się, rannego żołnierza – jeden z nich badał go jakimś przedmiotem – czarnym, synthowym prętem zakończonym pomarańczowo jarzącym się kryształem. Koniec musiał być bardzo gorący, bo kiedy zbliżał go do ciała człowieka, ten się wyrywał i wrzeszczał. Insekty porozumiewały się dziwnymi kliknięciami i skomplikowanymi gestami odnóży. Nie reagowały w ogóle na wrzaski swojej ofiary. W końcu jedno ze stworzeń sięgnęło po długi nóż o ząbkowanym ostrzu i oberżnęło głowę najemnika spokojnymi, metodycznymi ruchami. Wsadziło ją do pojemnika przytroczonego przy odwłoku – potem cała trójka ruszyła w dalszą drogę, znikając postaciom z pola widzenia.


Bohaterowie odczekali chwilę, po czym wyszli na powierzchnię. Okazało się, że świat, w który rzucił ich portal jest ogrzewany przez pomarańczowe, starsze od ziemskiego słońce. Na południe widzieli olbrzymie kopce przypominające kopce termitów, z północy zaś błysnęło, jakby znajdowała się tam jakaś metalowa konstrukcja. Ekipa zasłoniła twarze chustkami - wszechobecny, rdzawy pył już po kilku minutach okazał się wyjątkowo nieprzyjemny (gorzej, niż smog) - po czym ruszyła w stronę “metalowych” ruin.


Enklawa



Wokół wraku pojazdu zbudował swoją osadę klan - niegdyś - nomadów. Twardzi, prymitywni ludzie, choć nie panikowali na widok sztuczek Asha czy metalowych ramion Eversona. Przed wejściem zabrali jednak całą widoczną broń, jaką ekipa miała przy sobie.
Bezinteresownie podzielili się wodą i pożywieniem, wezwali również doktora (dziwaczną, zgarbioną, czerwonoskórą istotę o dwóch parach oczu i trójpalczastych dłoniach), by zajął się Tigonem. Z opowieści wynikało, że insekty, które bohaterowie widzieli to rodzaj “szlachty” - szeregowi przedstawiciele gatunku (gatunków?) to bezmyślne zwierzęta. Zapuszczają się tu rzadko. Nie widzą w ludziach inteligentnych istot - ilekroć łapali człowieka, traktowali jak bydło. Tylko raz próbowali podejść pod wrak, ale technologia (nomadzi nie posługują się pojęciem “numenera”), jaką dysponowali pozwoliła je przepędzić. Mieszkali tu od ośmiu lat - nieco wcześniej rozbił się tu wrak.
Około dzień drogi stąd leżała osada, którą mieszkańcy nazwali Nowym Ximare. Tubylcy nie wiedzieli kto ją założył, ani kiedy (strzelali, że piętnaście lat temu), ale byli pewni, że część to rozbitkowie, jak bohaterowie. Ximare bardzo się rozrosło, “wchłania” klany nomadów i różnych podróżników.
Bohaterowie ekspresowo zdecydowali się ruszyć właśnie w tym kierunku. Przehandlowali kilka enigmatów za zapasy, przenocowali w enklawie, po czym, o świcie, wyruszyli ku Nowemu Ximare.

poniedziałek, 13 marca 2017

S01E04- Ximare

Bohaterowie zdecydowali się skorzystać z propozycji pracy dla znajomego Jarosa. Tigon, bo tak się ten potencjalny pracodawca nazywał, miał być doświadczonym kapłanem eonów. Miał dość kontaktów, sprzętu i wiedzy by zaoferować coś wartościowego za usługi postaci. Trzeba było się tylko do niego dostać - mieszkał w najbliższym, większym mieście: Ximare-Namahorn.
Miasto zbudowane było wewnątrz płytkiego krateru po uderzeniu jakiegoś gargantuicznego meteoru. Metropolia to w zasadzie dwa miasta. Pierwsze to zabudowania na powierzchni, drugie to unosząca się sto metrów nad ziemią platforma. Dostać się na nią można jedynie opłacając członka Gildii Przewoźników - w Namahor mieszkają bogacze, tutejsza śmietanka.
Ekipa wylądowała w bezpiecznym miejscu, po czym rozeszła się po Ximare. Jaros skierował grupę do jednej z knajp. On sam z Sherry miał spotkać się z Tigonem i umówić spotkanie na następny dzień.


Wódeczka



Knajpa, do której skierował bohaterów Jaros była klasyczną, lokalną mordownią pełną cwaniaczków liczących na okazję do bitki. Wystarczył kwadrans. Jeden z zakapiorów wstał od swojego stolika, podszedł do bohaterów i pewnym siebie głosem oznajmił, że nowi mają postawić wszystkim kolejkę. Po tym, jak Everson go zgasił, ment napluł mu w talerz. Nie było szansy na uniknięcie bójki.
Latały stołki, kufle i ławy. Wybijano zęby, łamano nosy. Bohaterowie zbierali, ale znacznie gorzej wyglądali ich przeciwnicy. Kiedy bójka przesunęła się w stronę ciemnoskórej laski siedzącej na bolu, ta, wkurwiona, odrzuciła stolik i zaczęła lać miejscowych z równą skutecznością, jak reszta postaci. Przedstawiła się jako Razos.
Razos wyglądała… dziwnie, co najmniej tak samo dziwnie, jak bohaterowie. Miała dopasowany kostium, sporo numenery i dwa energetyczne ostrza. I sporo śliwowicy. Everson, Thama i Vonna zajęły się rozpijaniem, podczas gdy Ash rozejrzał się po okolicy. Udało mu się wyszperać jakiś cenny kawałek numenery - niestety, uszkodzony.


Bohaterom nie było dane wytrzeźwieć. Wieczorem wparowała do nich Razos, w cywilnym stroju, zapraszając na imprezę. Okazało się, że Ximare jest miejscem, gdzie każda okazja do chlania jest dobra. Troje postaci poszło z nią - Ash został by pogrzebać w zdobytym sprzęcie. Impreza trwała do rana. Te kilka godzin wystarczyło by nano doprowadził artefakt do użyteczności - z wykorzystaniem baterii ze starego ramienia Eversona.
Skończyło się niezłą rozróbą. Everson przyprowadził dwie panienki. Ash nie był zachwycony zabawą z dwoma upitymi “pięć na dziesięć”, więc wyniósł się do pokoju dziewczyn. Lokalne laski, początkowo zawiedzione widokiem lateksowej protezy, szybko przekonały się, że to nie ułomny zamiennik, ale podrasowana wersja. Vonna z Thamą siedziały z uszami przyklejonymi do ściany. W krytycznym momencie “młot” stracił zasilanie! Można było zastąpić baterię tą ze starej ręki. Tą, której już nie było…
Półprzytomny Everson domyślił się, że odpowiedzialny za to Ash. Przebił się przez ścianę i - goły jak go stworzono - wparował do pokoju reszty ekipy. Ash wypowiedział tajemne słowo i go zdezaktywował. Wystraszone laski uciekły. Właściciel zażądał kasy i zaproponował, żeby ekipa tu nie nocowała. Skończyło się wymalowaniem całej gęby Eversona i ciężkim porankiem przy wiadrze kawy. Jaros i Sherry udawali, że nie widzą rozmazanych rysunków na gębie Eversona.


Spotkanie z Tigonem


Tigon okazał się być dość dziwny jak na standard człowieka. Był to blady mężczyzna o syntetycznej skórze i twarzy pozbawionej szczególnych cech. Nie miał mimiki, choć głos zdradzał emocje. Miał ciemno fioletowe, metaliczne włosy związane w dziesiątki warkoczyków. Ubierał się w czerń i biel. Na skroni zaś nosił złotą obręcz z dziwnymi symbolami przypominającymi pismo. Obręcz nie leżała na jego skórze, unosiła się centymetr od niej.
Tigon był właścicielem sporego kompleksu znajdującego się pod ziemią - na zewnątrz wystawał jedynie niewielki bunkier, położony w pewnej odległości od innych zabudowań. Wraz z trójką pomocników starał się wypełniać misję, z jaką wysłał go tu kościół - nie było to łatwe, biorąc pod uwagę nawał pracy i niewiele rąk do pomocy. Bohaterom zaoferował prostą pracę z dużym ryzykiem.
Od niejakiego Ovika kupił potężny artefakt - Bursztynową Obręcz. Jest to zaawansowana numenera i potężne źródło zasilania. Chce wykorzystać w ważnym eksperymencie. Ponieważ badania są w toku, nie może sam pojechać po sprzęt. Problem polegałna tym, że licytował się o Obręcz z niejaką Zavryx. Podejrzewał, że ona lub jej pomagierka - Razos - będą w okolicy. Po tym, jak bohaterowie potwierdzili obecność tej ostatniej, Tigon pokiwał głową mówiąc, że potrzebuje zarówno umiejętności Eversona (chce upewnić się, że Obręcz nie będzie jakąś ściemą), jak również czujnych oczu Thamy, umiejętności walki Eversona i zwiadowczych talentów Vonny. W zamian zaoferował nieco shinów i kilka enigmatów. Dał sobie wyciągnąć w targach nieco więcej.
Bohaterowie ruszyli następnego ranka z trójką pomocników Tigona. Jechali na lewitującym wozie, na który zamontowano metalowy sarkofag, mający ochronić postacie przed szkodliwym promieniowaniem Obręczy. Cel - Wieża Ovika - znajdował się dwa dni podróży na zachód.


Wieża Ovika



Wieża Ovika okazała się być prawdziwą fortecą. Gruby, betonowy mur z metalowym ożebrowaniem zwieńczony był obręczami z paskudnie wyglądającym drutem kolczastym. Stalowa brama zgrzytnęła przeraźliwie, otwierając się jedynie na tyle, by bohaterowie mogli wjechać do środka. Sam wieża była bez wątpienia starożytnym konstruktem - wysoka, o gładkiej, metalicznie lśniącej powierzchni, z metalową platformą na szczycie. Bursztynowa Obręcz znajdowała się na poziomie zero - otwartym warsztacie, w którym pracował pół tuzina fachowców.
Jeden z pomagierów Ovika wskazał miejsce, gdzie bohaterowie mogli pozostawić wierzchowce, po czym zawołał swojego szefa. Widać było na pierwszy rzut oka, że to nano - masa powszczepianego i noszonego sprzętu, chciwe spojrzenie na numenerę noszoną przez bohaterów… Ovik musiał być nie tylko handlarzem, ale też badaczem. Przywitał się z bohaterami, po czym od razu zaprowadził ich do zamkniętej w ochronnym sarkofagu obręczy. Kiedy Ash rozpoczął badanie artefaktu, Vonna z Eversonem dostrzegli inne konie, stojące nieopodal. Wyglądało na to, że ludzie Zavryx byli tu już wcześniej.
Ash oczył oczywiste fałszerstwo. Sytuacja zaczęła się robić nerwowa. Ovik nie przyznał się otwarcie do oszustwa, potem próbował - kiepsko - ściemniać, że to w zasadzie nie była jego wina. Ostatecznie przekazał ekipie prawdziwą Obręcz.
W tym momencie przy wejściu pojawiła się Razos.
Próbowała przekonać bohaterów, by porzucili Tigona i przyjęli ofertę jej szefowej. Tłumaczyła, przekonywała, próbowała wręcz błagać, tłumacząc się zżerającą ją chorobą. Po bohaterach to dosłownie spłynęło. Razos wzruszyła ramionami i wyjechała ze swoimi ludźmi z Wieży. Przed samym wyjazdem próbowali otruć wodę wierzchowców, ale bohaterowie zauważyli to w porę i powstrzymali konie przed zatruciem.


W drodze do Ximare



Podróż do domu była bardzo nerwowa. Bohaterowie musieli zachować nieustanną czujność. Mieli świadomość, że tamci są w okolicy, ale czekają na dogodną okazję do ataku. Podwójne warty, ciągła obserwacja, ręce na kaburach i rękojeściach broni… Szczęście, że miasto było niezbyt daleko.
Nocą do obozu podjechała - teoretycznie bez złych zamiarów - Razos. Ostrzegła postacie, że reszta najemników spętała potężnego, latającego automatona i wykorzystają go do ataku. Sama ponoć zrezygnowała z walki - przekonała się, że nie warto mordować niewinnych ludzi by ratować swoje życie. Tak przynajmniej mówiła.
Ekipa zrobiła szybką burzę mózgów. Zdecydowali, że spróbują wydostać się z okolicy, ukryć w bezpiecznym miejscu i dostać do Ximare bez konfrontacji. O dziwo udało im się to bez problemów. Zmęczeni, niewyspani, ale nawet nie draśnięci, dotarli do Ximare z Obręczą na pace lewitującego wozu.